Najpopularniejsze tematy:

Premium

Materiał dostępny tylko dla Subskrybentów

Nie masz subskrypcji? Dołącz do grona Subskrybentów i korzystaj bez ograniczeń!

Jesteś Subskrybentem? Zaloguj się

Premium

Subskrybenci wiedzą więcej!

Nie masz subskrypcji? Dołącz do grona Subskrybentów i korzystaj bez ograniczeń!

Wybierz wariant dopasowany do siebie!

Jesteś Subskrybentem? Zaloguj się

X
Następny artykuł dla ciebie
Wyświetl >>

Prowadzone dziś na świecie badania każdego dnia zbliżają nas do przełomowych rozwiązań w walce z rakiem. Ale na pokonanie chorób cywilizacyjnych nie ma co liczyć bez zdrowego stylu życia i sprawnej służby zdrowia.

Rozmawiamy z profesorem Cezarym Szczylikiem, wybitnym onkologiem oraz przewodniczącym kapituły Prix Galien Polska.

Paweł Kubisiak: Specjalizuje się pan w leczeniu strasznej choroby, która w dzisiejszych czasach dziesiątkuje ludzi. Czy rak jest ceną, jaką musimy zapłacić za rozwój cywilizacyjny?

Cezary Szczylik: Niestety, powszechność chorób onkologicznych jest ściśle związana z rozwojem przemysłowym, industrializacją czy zatrutym powietrzem i niezdrowymi dodatkami do żywności. Nasz organizm działa jak filtr, gdyż przepuszczamy przez siebie wdychane powietrze, płyny, które wypijamy oraz pokarmy, które zjadamy. To wszystko się w nas osadza. Wiąże się z tym termin „higiena genomu”, który sformułowałem parę lat temu dla zobrazowania współczesnych zagrożeń. Nie chodzi mi o popularne myślenie o higienie jako o myciu rąk przed jedzeniem, ale mam na myśli higienę polegającą na bronieniu się przed wchłanianiem tych wszystkich toksycznych substancji, które uszkadzają nasze geny. To właśnie takiej higieny powinniśmy dziś przestrzegać i uczyć jej nasze dzieci. Jest to niezwykle istotne, gdyż największym skarbem pokoleniowym, czyli tym, co w ewolucji jest najważniejsze, jest przekazanie kolejnym pokoleniom, naszym dzieciom i wnukom, jak najzdrowszego zestawu genów.

Dlatego powinniśmy dołożyć wszelkich starań, aby z jednej strony mądrze się odżywiać, a z drugiej – wpływać na nasze otoczenie, abyśmy żyli w jak najczystszym środowisku. Jako wyborcy i osoby zaangażowane społecznie jesteśmy zobowiązani do wywierania wpływu na decydentów, polityków, przedsiębiorców, a nawet naszych sąsiadów, do eliminowania wszelkich źródeł zanieczyszczeń. Gdy słyszymy komunikaty o smogu w Warszawie czy Krakowie, powinniśmy zrozumieć, że wytwarzając te zanieczyszczenia albo przyzwalając na nie, trujemy nie tylko siebie, ale i następne pokolenia. Na szczęście świadomość tych zagrożeń jest coraz większa, choć wciąż podejmuje się zbyt mało działań mogących powstrzymać lawinę, która się toczy coraz szybciej. Nowotworów w Polsce przybywa co najmniej w tempie 2‑3% rocznie. W ubiegłym roku odnotowaliśmy 155 tysięcy nowych zachorowań na raka, a w tym roku ta liczba może wzrosnąć nawet do 180 tysięcy. Jeżeli dodamy do tego jeszcze przynajmniej kilkaset tysięcy chorych, którzy żyją z rakiem, czyni to ogromną grupę osób zmagających się z nowotworem. A gdy pomnożymy to przez cztery, czyli przez statystyczną liczbę osób najbliższych chorym, to okazuje się, że w Polsce dotkniętych chorobą nowotworową jest kilka milionów osób.

Ta plaga cywilizacyjna zatacza coraz szersze kręgi, jednak dla każdego z tysięcy chorych jest to dramat osobisty. Muszą się z nim mierzyć również lekarze. Jak pan sobie radzi z silnymi emocjami, gdy trzeba poinformować pacjenta, że jest chory?

To jest niesłychanie trudne. Gdy byłem młodym lekarzem, próbowałem uciekać przed spojrzeniem pacjentowi w oczy i przekazywaniem tych trudnych wiadomości. Z czasem nauczyłem się, że przekazywanie złych, ale też dobrych informacji jest nie najłatwiejszą, lecz nieodzowną częścią tego zawodu. Dziś mogę powiedzieć, że nawet po latach praktyki wciąż nie potrafię się wyzbyć empatii. Ale to dobrze, gdyż właśnie empatyczny kontakt lekarza z pacjentem w dużym stopniu przesądza o przebiegu terapii. Dla pacjenta szczególnie ważny jest kontakt z onkologiem w tych najtrudniejszych momentach. Niestety, w wielu przypadkach właściwy kontakt jest niemożliwy, gdyż w polskim systemie opieki zdrowotnej sytuacja onkologów jest dramatyczna. Proszę sobie wyobrazić, że na półmilionową rzeszę pacjentów przypada niespełna 800 onkologów, czyli jeden lekarz musi opiekować się grupą ponad 600 pacjentów! Niestety, obecny system opieki zdrowotnej jest kompletnie niewydolny i nie zanosi się na poprawę, gdyż osoby zarządzające opieką zdrowotną narzucają wyśrubowane i oderwane od realiów normy i wskaźniki, w konsekwencji w ośrodkach onkologicznych jeden lekarz przyjmuje od 50 do 80 pacjentów dziennie. Tak nie powinno się dziać, lecz ta chora sytuacja jest wymuszona przez coraz bardziej usztywniający się, biurokratyczny system, w którym pacjent kompletnie nie ma znaczenia. Liczy się tylko wynik finansowy przy stale niskich stawkach NFZ. Jeśli więc rak jest ceną, jaką płacimy za cywilizację, to tu można mówić o cywilizacyjnej porażce.

Powszechność chorób onkologicznych jest ściśle związana z rozwojem przemysłowym, czy zatrutym powietrzem i niezdrowymi dodatkami do żywności.

Totalną niewydolność systemu, o której pan mówi, potwierdzają statystyki. Wynika z nich, że rocznie umiera u nas na nowotwory ponad 90 tysięcy chorych. Zmieniają się ekipy rządzące, płyną dotacje unijne, a my wciąż pozostajemy w samym ogonie Europy. Czy nie ma recepty na przełamanie tego impasu?

Zanim zaczniemy mówić o recepcie, należy zdiagnozować przyczyny zapaści służby zdrowia. A jest ich kilka. Pakiet onkologiczny, o który walczyliśmy, został przygotowany w pośpiechu, a przez to po prostu źle. Środowisko onkologiczne od dawna dopominało się, aby ścieżka diagnozowania pacjenta podejrzanego o nowotwór była szybsza. A do tego potrzebujemy aparatów do tomografii i rezonansu, radiologów, którzy je obsługują, czy wreszcie patologów, którzy będą wykonywali biopsję. A tu brakuje zarówno środków na zabiegi, sprzętu, jak i fachowców. I nawet jeśli uda się przepchnąć pacjentów onkologicznych szybszą ścieżką, to dłużej czekają pacjenci od lekarza pierwszego kontaktu i przez to opóźnia się wykrywanie choroby. Sytuację można oczywiście poprawić, ale nie zrobimy niczego bez dopływu pieniędzy. To jest po prostu niemożliwe, a politycy próbują udowadniać, że jest na odwrót.

Czy w tak niewydolnym systemie są jakiekolwiek szanse na wdrażanie innowacji i nowatorskich metod leczenia?

Poszukiwanie nowatorskich rozwiązań powinno się toczyć równolegle z naprawą systemu służby zdrowia. Przecież innowacje a priori leżą u podstaw medycyny. Gdybyśmy nawet sięgnęli cztery tysiące lat wstecz, to różni mnisi czy nawet znachorzy próbowali różnych substancji i mieszali różne rzeczy, testując je na pacjentach lub wręcz na sobie. Oczywiście, od tego czasu bardzo dużo się zmieniło, niemniej jednak badania kliniczne nowych substancji są obietnicą przełomu. I właśnie na te nowatorskie rozwiązania w medycynie czekają współcześni pacjenci, zwłaszcza onkologiczni, licząc na to, że będą coraz skuteczniej leczeni.

Ludzkość w swojej historii przechodziła wiele pandemii, jak choćby dżumę, która dziesiątkowała europejskie miasta. Działo się tak do czasu wynalezienia przełomowego leku. Badania, w których pan uczestniczy i które pan śledzi, przybliżają stan dzisiejszej wiedzy na temat nowotworów. Kiedy możemy spodziewać się przełomowego odkrycia i skutecznego remedium na raka?

Już dzisiaj jesteśmy świadkami prawdziwej rewolucji i regularnie słyszymy o postępie w leczeniu nowotworów. Każdego dnia testowane są tysiące nowych molekuł, a wyniki tych testów są gromadzone w zbiorze informacji zwanym HCGA (Human Cancer Genome Atlas). Ośrodki z całego świata badają tysiące próbek, nowotwory są masowo sekwencjonowane, i wspólnymi siłami szukamy dysfunkcji genów i cząstek, które mogą to naprawiać. Uważam, że skala prowadzonych badań i osiągane wyniki konsekwentnie zbliżają nas do absolutnego przełomu w dziedzinie leczenia onkologicznego.

Jest pan przewodniczącym kapituły Prix Galien Polska, krajowej edycji prestiżowego globalnego konkursu, którego celem jest wyróżnienie innowacyjnych i przełomowych odkryć z dziedziny farmacji i medycyny. Czy zasiadając w tym gremium, spotkał się Pan z polską innowacją, która rzeczywiście ma szansę na sukces rynkowy i niesienie realnej pomocy pacjentom?

Przewodniczę tej kapitule od niedawna. Przejąłem tę funkcję po profesorze Franciszku Kokocie, który jest legendą polskiej medycyny i wspaniałym człowiekiem. Każdego roku do konkursu zgłaszane są ciekawe i bardzo perspektywiczne cząstki, z których powstaną nowe, lepsze lekarstwa. W czasie mojego przewodnictwa kapituły Prix Galien Polska zapoznałem się ze szczepionkami, które mają ogromne znaczenie już w chwili obecnej. Udział w tym konkursie jest dla mnie świetną przygodą intelektualną, gdyż zgłaszane projekty są niezwykle inspirujące i pokazują, w jakim kierunku zmierza medycyna.

Niestety, muszę to z dużym żalem powiedzieć, że te innowacyjne i najcenniejsze cząstki wciąż nie pochodzą z polskich firm. Ale obserwuję też z satysfakcją, że jest w Polsce prowadzonych coraz więcej innowacyjnych badań, co daje nadzieję, że za kilka lat polskie firmy będą mogły pod względem innowacyjności konkurować z zagranicznymi rywalami. Oczywiście, ze względów kapitałowych polskie przedsiębiorstwa nie są w stanie rywalizować z globalnymi gigantami, którzy dysponują miliardami dolarów na badania, patenty i marketing. Ale można mieć nadzieję, że na polskim rynku będzie pojawiało się coraz więcej medycznych i biotechnologicznych start‑upów, które wynajdą przełomowe cząsteczki i to w polskie firmy będą inwestować ci międzynarodowi giganci.

Gdy przyjrzymy się wyróżnieniom przyznanym polskim naukowcom, to choć nie ma tam przełomowych cząstek, widać nieźle zapowiadające się innowacje technologiczne. Mogę tu wymienić protezę przełykową profesora Marka Woynarowskiego z Centrum Zdrowia Dziecka, system Cyber–oko profesora Andrzeja Czyżewskiego z Politechniki Gdańskiej i kościozastępczy biomateriał implantacyjny profesor Grażyny Ginalskiej z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Czy te i podobne wynalazki mają szansę na komercjalizację i szersze zastosowanie?

Kapituła dokonująca wyboru laureatów konkursu składa się z bardzo doświadczonych lekarzy i naukowców, którzy patrzą na zgłaszane prace zarówno pod kątem ich potencjalnej użyteczności w medycynie, jak i możliwości komercjalizacji oraz wprowadzenia do powszechnego stosowania. Niestety, wiele wstępnych propozycji odrzucamy, po prostu nie widząc możliwości szerszego zastosowania tych pomysłów. Polscy wynalazcy mają bardzo interesujące i przydatne w praktyce dokonania w wielu obszarach, począwszy od okulistyki, przez diagnostykę laboratoryjną i masową, aż po materiały biozastępcze.

Zanieczyszczając środowisko, albo choćby tylko przyzwalając na to, trujemy nie tylko siebie, ale i następne pokolenia.

Z racji swojego zawodu miałem okazję spotkać wielu młodych przedsiębiorców, którym dzięki pomocy funduszy venture capital lub inwestorów branżowych udało się rozwinąć firmy. Poznałem też młodych i pełnych pasji badaczy i naukowców, którzy mimo młodego wieku mają na swoim koncie wiele ciekawych i perspektywicznych badań. Mimo to wciąż nie dostają wsparcia, na jakie mogą liczyć np. twórcy sklepu internetowego czy jakiejś aplikacji na smartfona. Przytoczę tu przykład Oli Struzik, nastolatki prowadzącej badania nad zwalczaniem pasożytów za pomocą ekstraktu z cebuli, czy Igora Kaczmarczyka, badającego lecznicze właściwości bursztynu. Czy ci młodzi, niezwykle uzdolnieni ludzie mają realne szanse na rozwój swoich talentów i na jakiekolwiek wsparcie?

Niewątpliwie musimy w Polsce zmienić sposób patrzenia na młodych ludzi i duża w tym rola mediów. Zamiast skupiać się na celebrytach i politykach, powinny pisać o takich ludziach jak Ola i Igor. To właśnie ci zdolni, młodzi naukowcy są szansą dla Polski, dlatego trzeba ich umiejętnie zagospodarować. Choćby przez uelastycznienie systemu edukacji i dostosowanie systemu nauki do potrzeb takich utalentowanych osób. Jeżeli tego nie zrobimy, to zagospodarują ich zachodnie uczelnie, które potrafią zarządzać talentami, tak jak to się dzieje obecnie. A tymczasem to właśnie oni tworzą nasz kapitał ludzki, w który warto inwestować.

Niestety, praktyka polskich badań naukowych pokazuje, że nawet jak nasi badacze coś ważnego odkryją, to tracą grunt pod nogami, gdy ma dojść do komercjalizacji ich dokonań. Niejednokrotnie mogłem obserwować perspektywiczne projekty, które natrafiły na mur nie do pokonania. Na mur, który wyrósł między nauką i biznesem. Czego brakuje polskim firmom czy środowiskom naukowym, żeby nasze badania przynosiły konkretne efekty? Żeby nie było tak, że najpierw mamy mocno nadmuchany balon, a potem zapada cisza, tak jak to dzieje się z polskim grafenem.

Rzeczywiście, polscy naukowcy potrzebują spięcia ostrogami, które ukierunkuje ich badania. Mam czasem wrażenie, że w przypadku wielu badań realizowanych w polskich palcówkach naukowych przyjmuje się podejście typu „nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko żeby go gonić”. Znam naukowców, którzy mają dziesiątki, a nawet setki, świetnych publikacji teoretycznych, które nie zbliżają ich do realnej komercjalizacji odkryć. Oczywiście pewne dziedziny nauki są czysto teoretyczne i nie oczekujmy, że stamtąd napłyną pomysły do biznesu. Ale ze strony środowiska i ewentualnych sponsorów powinna być większa presja na to, żeby nauka prowadziła do postępu w przemyśle. I w tym widzę szczególną rolę biznesu. Myślę, że to już się dzieje, choć wciąż powoli. Mogę przytoczyć jednak pozytywne przykłady z sektora medycznego i farmaceutycznego, gdyż znam wiele firm farmaceutycznych w Polsce, które coraz aktywniej inwestują w badania i rozwój. Mogę tu wymienić choćby Polpharmę, wielką jak na polskie warunki firmę farmaceutyczną, która już dziś inwestuje w młodych ludzi i nowatorskie projekty. Warto o interesujących projektach mówić i je nagłaśniać, a im więcej będzie dyskursu, tym większe będą szanse na to, że polskie talenty nie zostaną zmarnowane.

Cezary Szczylik

Profesor, specjalista w dziedzinie onkologii, hematologii i chorób wewnętrznych.

Paweł Kubisiak

Redaktor naczelny "MIT Sloan Management Review Polska"

Polecane artykuły


Najpopularniejsze tematy