Streszczenie: Wojsko Polskie od ponad dwóch dekad przechodzi transformację, której kluczowym momentem było zaangażowanie w konflikty w Iraku i Afganistanie. Te doświadczenia uwypukliły potrzebę zmian w trzech głównych obszarach: Struktury wewnętrzne: W obliczu współczesnych wojen partyzanckich armia musi być zdolna do szybkiej reakcji i elastycznego działania, co wymaga zwiększonej mobilności i adaptacyjności sił zbrojnych. Model dowodzenia: Operacje prowadzone z dala od kraju wymuszają decentralizację dowodzenia, rozwój struktur planistycznych oraz tworzenie małych, samodzielnych i mobilnych jednostek. MIT Sloan Management Review Polska System szkolenia: Reformy objęły przebudowę przygotowania kadry dowódczej poprzez stworzenie struktur szkoleniowych, które integrują doświadczenia z pola walki w procesie edukacji wojskowej. MIT Sloan Management Review Polska
Lekcje z kampanii irackiej i afgańskiej
Największa bitwa Polaków od czasów II wojny światowej rozpoczęła się 3 kwietnia 2004 roku w sześciusettysięcznej Karbali, irackim mieście kontrolowanym przez polski kontyngent wojskowy. Atak przeprowadzony przez partyzantów nie był niespodzianką. Polscy żołnierze od tygodni otrzymywali od wywiadu informacje o tym, że bojówki Muktady as Sadra, dowódcy oddziału tzw. armii Mahdiego, mające pod kontrolą m.in. jedną z największych dzielnic Bagdadu, chcą wykorzystać przypadające na początek kwietnia święto Aszury1 do rozniecenia zamieszek, aby wygnać z prowincji wojska koalicji. Zaskoczeniem okazała się jednak skala niepokojów. Pierwszy zbrojny incydent w spokojnej do tej pory Karbali, do której na święta ściągnęło ok. 5 milionów pielgrzymów, miał miejsce już 2 kwietnia. Wtedy to kierowca rozpędzonego autobusu próbował staranować jeden z podmiejskich posterunków i odpalić wewnątrz ładunek wybuchowy. Następnego dnia w południe miastem wstrząsnęły trzy eksplozje, wywołane przez zamachowców‑samobójców. W ich wyniku zginęło około 140 osób, kolejne 200 zostało rannych. Po udzieleniu pomocy rannym polscy żołnierze podjęli decyzję o przegrupowaniu i organizacji obrony w budynkach ratusza (City Hall), dwupiętrowej siedzibie władz prowincji i policji. Wejścia do kompleksu zastawiono uzbrojonymi transporterami i betonowymi blokami chroniącymi przed zamachami samobójczymi.
Do zmroku w uliczkach wokół ratusza zgromadziły się setki rebeliantów, bojowników Al‑Kaidy i najemników. Prawdziwe piekło rozpętało się w nocy. Przez cztery noce kilkudziesięciu polskich żołnierzy wspartych przez grupę Bułgarów odpierało w City Hall kolejne ataki setek przeciwników. Chwilę wytchnienia dawał dopiero świt, który był sygnałem do zawieszenia broni. W wyniku walk zginęło kilkuset rebeliantów. Lekko rannych, głównie wskutek ustawicznego ostrzału moździerzowego, zostało także kilku żołnierzy koalicji.
Starcia określone potem w mediach mianem „bitwy o City Hall” są doskonałym przykładem wyzwań, przed którymi stanęło polskie wojsko w związku z udziałem w konfliktach zbrojnych w Iraku i Afganistanie. Nowe, zróżnicowane i ciągle zmieniające się otoczenie zmusza żołnierzy do podejmowania działań bez dostępu do dostatecznych zasobów i błyskawicznego podejmowania decyzji w warunkach silnej niepewności i ryzyka. Funkcjonowanie w tych warunkach wymaga od nich dużej samodzielności i umiejętności współpracy. Polacy z Karbali doskonale zdali test pola walki. Dowodzeni przez jednego z kapitanów, przy niewielkim wsparciu logistycznym ze strony podmiejskiej bazy – szybko odciętej od Karbali przez rebeliantów – przez cztery doby skutecznie stawiali opór kilkuset przeciwnikom, zadając im ciężkie straty.
Nasz udział w wojnie w Iraku i Afganistanie kosztował życie 49 polskich żołnierzy, a kilkudziesięciu kolejnych odniosło poważne rany. Budżet państwa poniósł z tego tytułu koszty sięgające dwóch miliardów złotych2. Największą korzyścią, jaką odnieśliśmy z tego wysiłku, jest jak do tej pory przyspieszenie procesu przemian armii. Efekty – jako generał Wojska Polskiego, dowódca Wielonarodowej Dywizji Centrum‑Południe w ramach IV zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku pomiędzy lutym i lipcem 2005 roku i były dowódca Wojsk Lądowych – dostrzegam niemal na każdym kroku. Poniżej przedstawiam podstawowe czynniki transformacji i opisuję przebieg całego procesu, który doprowadził do powstania armii zdolnej do stawienia czoła przeciwnikowi niezależnie od miejsca, charakteru i natężenia konfliktu zbrojnego.
Dwa kluczowe czynniki zmian polskiej armii
Wojsko Polskie jest strukturą, która od dwudziestu lat znajduje się w procesie permanentnej transformacji. Na przemiany wpłynęły czynniki o charakterze geopolitycznym – przede wszystkim zmiana globalnych sojuszników – i operacyjnym, wynikające z konieczności stawienia czoła nowym przeciwnikom, którzy posługują się niekonwencjonalną taktyką walki.
Podstawowym impulsem do transformacji w polskim wojsku było niewątpliwie rozwiązanie Układu Warszawskiego, opuszczenie terytorium naszego kraju przez armię radziecką i kilka lat później wstąpienie Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Akcesja do NATO wiązała się z koniecznością spełnienia kilku warunków. Po pierwsze, ustanowienia pełnej demokratycznej kontroli nad armią. Po drugie, uznania podstawowych zasad polityki i założeń strategicznych, a także gotowości do bezwarunkowego zaakceptowania zasady wspólnej obrony, a w razie potrzeby przyjęcia na swoim terytorium wojsk i instalacji sojuszu. Po trzecie, przygotowania służb zbrojnych do uczestnictwa w zintegrowanej strukturze obronnej i przyjęcia wspólnych zasad planowania obronnego, opartych na zasadzie przejrzystości całego procesu. Spełnienie tych warunków wymagało głębokich zmian na bardzo zróżnicowanych płaszczyznach: strategicznej, strukturalnej i operacyjnej. Były one wprowadzane w różnym tempie i nie zawsze z satysfakcjonującym skutkiem. Szczególnym wyzwaniem okazało się, jak zwykle, zapewnienie trwałości wdrażanych zmian, a także rozpowszechnienie nowych zasad funkcjonowania w całej armii.
Dlatego też doskonałym impulsem do przyspieszenia procesu transformacji okazał się udział Polski w konfliktach zbrojnych, zwłaszcza w Iraku i Afganistanie. Kampanie w tych rejonach pozwoliły na konfrontację polskich wojsk z wyzwaniami, które stają przed armią biorącą udział w typowych konfliktach XXI wieku, całkowicie odmiennych od tego, do czego przygotowywano żołnierzy przez całe lata.
Ciągle zmieniające się otoczenie zmusza żołnierzy do podejmowania działań bez dostępu do dostatecznych zasobów i błyskawicznego podejmowania decyzji w warunkach silnej niepewności i ryzyka.
Większość konfliktów toczących się w ostatnich dwóch dekadach ma charakter partyzancki. Naprzeciw regularnych wojsk stają niewielkie mobilne oddziały złożone z bojowników dobrze znających teren i otoczenie społeczne, silnie zdeterminowanych, świetnie posługujących się zarówno nowoczesnym uzbrojeniem, jak i metodami działania typowymi dla ugrupowań terrorystycznych, w tym także narzędziami „wojny psychologicznej” z wykorzystaniem środków masowego przekazu. Walka z takim przeciwnikiem rzadko przybiera charakter otwarty, kiedy naprzeciw siebie stają oddziały piechoty wspierane przez wojska pancerne czy lotnictwo. Znacznie częściej przypomina to niekończący się ciąg starć o różnym natężeniu, przeplatanych długotrwałymi okresami względnego spokoju. Celem tych działań, odbywających się często z zaskoczenia, np.
przy wykorzystaniu min‑pułapek, są zazwyczaj niewielkie grupy żołnierzy (zmotoryzowany patrol, posterunek lub wysunięta baza), mające ograniczoną możliwość wykorzystania pełnego arsenału bojowego swojej armii. Specyfika pola walki (gęsto zamieszkane miasta Iraku, górzysty Afganistan) znacząco ogranicza możliwość wykorzystania niektórych zasobów (np. wojsk pancernych) i skutecznie niweluje przewagę, którą można by osiągnąć dzięki technice wojskowej. Udział w takich konfliktach zbrojnych oznacza dla żołnierzy konieczność realizacji różnorakich zadań: operacyjnych (zapewnianie bezpieczeństwa własnym bazom zagrożonym atakami rakietowymi, likwidacja zagrożeń na drogach w strefach odpowiedzialności, nadzór nad terenem z powietrza i lądu, neutralizacja oddziałów wroga i zorganizowanej przestępczości, typowej dla obszarów ogarniętych konfliktem, niszczenie infrastruktury zaopatrzeniowej rebeliantów), analitycznych (operacje wywiadowcze służące pozyskiwaniu informacji), ofensywnych i humanitarnych (szkolenie miejscowych sił zbrojnych i policji, współpraca z administracją centralną, lokalną i miejscowymi przywódcami).
Lekcje z kampanii irackiej i afgańskiej
Istotną część tych zadań stanowią działania bojowe – w trakcie dowodzenia przeze mnie IV zmianą Polskiego Kontyngentu Wojskowego w ramach misji stabilizacyjnej w Iraku wielonarodowa dywizja przeprowadziła 92 większe operacje o zróżnicowanym charakterze (od działań polegających na zabezpieczaniu dużych świąt religijnych po operacje przeciwko konkretnym terrorystom).
Armia w wersji 1.0
W obliczu wyzwań związanych z akcesją do Sojusz Północnoatlantyckiego i koniecznością konfrontacji z nowym przeciwnikiem, działającym w specyficznych warunkach, stanęła typowa armia masowa, której strategia była w dodatku całkowicie uzależniona od zadań przypisanych jej w ramach Układu Warszawskiego.
Przez czterdzieści pięć lat swojego istnienia Ludowe Wojsko Polskie oparte było w dużej mierze na poborowych. Żołnierze ci reprezentowali bardzo różny poziom wiedzy, doświadczeń i motywacji, co rzutowało zarówno na proces szkolenia, jak i dowodzenia. W efekcie szkolenie poborowych zorientowane było przede wszystkim na nabywanie podstawowych umiejętności bojowych (musztra, słownictwo wojskowe, szkolenie ogniowe, orientacja w terenie). Krótki okres pobytu w armii, ograniczony najpierw do trzech, a potem do dwóch lat, a nawet półtora roku, znacząco utrudniał rozwój specjalistycznych kompetencji w obrębie armii. Dowodzenie takim wojskiem oznaczało konieczność stałego utrwalania podstawowych umiejętności. O tym, jak trudnym zadaniem jest dowodzenie żołnierzami z poboru, przekonałem się zaraz po szkole oficerskiej, gdy trafiłem do swojej pierwszej jednostki. Jako młody porucznik otrzymałem rozkaz przeprowadzenia na czołgowej strzelnicy prostego manewru, polegającego na wykonaniu trzech zadań ogniowych amunicją bojową, jednego z armaty i dwóch z karabinu maszynowego. Doskonale obeznany z procedurami spokojnie przystąpiłem do wykonania zadania. Niestety, okazało się, że załoga, z którą siedziałem w czołgu, była zupełnie niedoświadczona. Działonowy nie naprowadzał na cel, ładowniczy nie przygotowywał broni do wystrzału. Najlepiej z załogi zachował się mechanik, który pędził jak szalony, co tylko utrudniało precyzyjne oddanie strzałów. Okazało się, że choć przez cztery lata byłem szkolony w wydawaniu rozkazów załogom z olbrzymim doświadczeniem, to jednak o dowodzeniu poborowymi muszę się jeszcze bardzo wiele dowiedzieć.
Podstawowym zadaniem tak zbudowanej i szkolonej armii było przygotowanie do udziału w kolejnym globalnym konflikcie, rozgrywanym z wykorzystaniem arsenału atomowego. Przydzielonym nam zadaniem było błyskawiczne uderzenie na północny zachód Europy i przygotowanie warunków do głównego ataku z terenów Związku Radzieckiego. Przyjęta w Układzie Warszawskim doktryna wojenna nie brała pod uwagę ekonomii sił czy kosztów ludzkich; chodziło przede wszystkim o osiągnięcie za wszelką cenę efektów ofensywnych. Scenariusz działań zakładał szybkie ruchy dużych zgrupowań wojsk, prowadzących ofensywę według ściśle określonego scenariusza, który jako oficer wojsk pancernych wkuwałem na pamięć, a później miałem nawet okazję współtworzyć. Muszę przyznać, że byliśmy przygotowani do tego zadania bardzo skrupulatnie; kiedy po 1989 roku, już jako sojusznik, odwiedziłem wreszcie tereny, które przy ziszczeniu się złego scenariusza miałem zdobywać pułkiem czołgów, dokładnie znałem układ dróg i mostów oraz ukształtowanie terenu odwiedzanej okolicy.
Realizacji założonych celów ofensywnych podporządkowano nie tylko plany operacyjne, ale i cały proces kształcenia kadry oficerskiej. Podczas nauki w szkole jednym z najważniejszych przedmiotów były zajęcia nazwane „armie obce”, podczas których uczono nas taktyki, wyposażenia i kierunków działania poszczególnych jednostek brytyjskich, amerykańskich oraz zachodnioniemieckich. Pogłębiałem tę wiedzę później podczas trzyletnich studiów w Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie. Uczono nas tam dowodzenia dużymi formacjami wojskowymi. Poznawaliśmy sposoby działań pułków, ataki, kontrataki, operacje w górach i lasach. Pasjonującym zajęciem było prześwietlanie historycznych bitew czy manewrów wojskowych, a także ćwiczenia praktyczne. Prawdziwą gratką były prowadzone na pierwszym i drugim roku ćwiczenia pociągowe, podczas których słuchacze wraz z wykładowcami jeździli przez kilka tygodni pociągami po Polsce, dowodząc w tym czasie sztabami wojskowymi prowadzącymi działania wojenne przeciwko sobie i realizując założone cele wojskowe. Proces planowania zawsze kończył się pozorowanym starciem w terenie. Podczas niego obie strony pokazywały mapy, raportowały sposób użycia dostępnych wojsk, a trener‑wykładowca rozstrzygał, która ze stron zwyciężała starcie. Akademia Sztabu Generalnego w połowie lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku reprezentowała poziom porównywalny z najlepszymi uczelniami na świecie. Uczyła szacunku do dokonań poprzedników, ale i samodzielnego myślenia. Równocześnie uczelnia ta była obarczona wszystkimi grzechami ówczesnej filozofii wojennej i sposobu myślenia o armii. Najłatwiej zrozumieć te różnice na przykładzie. W akademii dużą wagę przywiązywano do rysowania szczegółowych map (czasem złożonych z wielu kilkumetrowych arkuszy) i posługiwania się nimi. Taka była kultura wojskowa w Układzie Warszawskim – cała wiedza miała znajdować się na mapach, a rozkaz był tylko przekazaniem krótkiej dyspozycji.
Natomiast nasi ówcześni wrogowie, a obecni sojusznicy z Paktu Północnoatlantyckiego, kierowali się całkowicie odwrotnym sposobem działania – na mapie umieszczali kilka maźnięć, a całą informację dostarczali w rozkazach.
Najważniejsze obszary zmian
Odzyskanie pełnej suwerenności politycznej, przystąpienie do Sojuszu Północnoatlantyckiego, a także udział w konfliktach zbrojnych w Iraku i Afganistanie zmusiły polskie dowództwo do zmiany filozofii działania armii, sposobu pojmowania jej misji i przeznaczenia. W Układzie Warszawskim przez lata szykowaliśmy się do ataku na Zachód. W nowych uwarunkowaniach podstawowym zadaniem polskiego wojska stała się obrona państwa na granicy dwóch systemów i wsparcie działań prowadzonych przez pakt.
Podstawową jednostką operacyjną przestał być kilkusetosobowy batalion, za to stał się nią liczący 30 – 40 żołnierzy pluton.
W ślad za zmianą sojuszy i celów strategicznych poszły także zmiany w modelu operacyjnym. Oznaczało to przede wszystkim: dostosowanie polskich sił zbrojnych do standardów NATO; uzyskanie pełnej zdolności do współdziałania z wojskami państw członkowskich sojuszu (tzw. interoperacyjności); stopniowe zwiększenie stopnia profesjonalizacji sił zbrojnych; reorientację planowania obronnego; powołanie tzw. sił ekspedycyjnych, gotowych do interwencji poza granicami własnego kraju. Wstąpienie do Sojuszu Północnoatlantyckiego wymagało także zmiany filozofii działania armii, sposobu pojmowania jej misji i przeznaczenia. W praktyce dostosowanie do wymogów formalnych i operacyjnych NATO, a także zaangażowanie w działania bojowe, wymagało zmian w trzech kluczowych obszarach: strukturach wewnętrznych, w zasobach ludzkich i modelu dowodzenia oraz w systemie szkolenia polskiej armii.
Struktury wewnętrzne. Zmiana struktury organizacyjnej polskiej armii miała kilka wymiarów. Po pierwsze, doprowadziła do wyraźnego wyodrębnienia struktur dowódczo‑planistycznych, przede wszystkim podniesienia rangi Sztabu Generalnego, który z jednej z wielu instytucji Ministerstwa Obrony Narodowej stał się najwyższym organem dowodzenia siłami zbrojnymi. Sztab Generalny stał się podstawową komórką planującą i koordynującą wszystkie działania podejmowane przez poszczególne rodzaje wojsk, a także tworzącą scenariusze na wypadek wojny czy innych niekorzystnych wydarzeń. Konieczność zapewnienia odpowiedniej elastyczności działania nowoczesnych sił zbrojnych sprawia, że ogromnego znaczenia nabiera odpowiednie zaplanowanie każdej operacji. Konieczność zapewnienia właściwej elastyczności działania nowoczesnych sił zbrojnych sprawia, że rośnie rola planów strategicznych. W wojskach sojuszniczych, przede wszystkim amerykańskich, które stanowią wzór dla decydentów prowadzących transformację, sztaby to ogromne, liczące kilkaset osób komórki pracujące w systemie zmianowym przez okrągłą dobę. Zatrudnieni w nich oficerowie doskonale znają specyfikę działania poszczególnych rodzajów sił zbrojnych. Dlatego też, aby zapewnić odpowiedni poziom kompetencji, polska armia przywiązuje coraz większą wagę do systemu rotacji, zakładającego cykliczny przepływ kadry pomiędzy sztabem a oddziałami liniowymi, pełniącymi służbę w kraju i za granicą, oraz pomiędzy członkami sztabu, pełniącymi różne funkcje w obrębie tego samego rodzaju wojsk. Zapewnia to stały rozwój kompetencji i zapobiega popadaniu w rutynę przez oficerów zbyt długo wykonujących ściśle określoną listę zadań.
Lekcje z kampanii irackiej i afgańskiej
Po drugie, dokonano reorganizacji struktur operacyjnych. Dotychczasowy podział wojska na liczące kilkanaście – kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy armie został zastąpiony podziałem na kilkutysięczne dywizje i brygady, a podstawową jednostką operacyjną przestał być kilkusetosobowy batalion, za to stał się nią liczący 30 – 40 żołnierzy pluton.
Po trzecie, dopasowano struktury funkcjonalne armii do nowych potrzeb, a więc rozbudowano wojska inżynieryjne i łączności, dokonano reorganizacji pionu logistyki i wydzielenia ze struktur armii odrębnego dowództwa wojsk specjalnych. Efektem tych wszystkich zmian był wzrost mobilności i samodzielności poszczególnych struktur wewnętrznych, a także ułatwienie współpracy z pozostałymi armiami sojuszniczymi.
Zasoby ludzkie i model dowodzenia. Wstąpienie do NATO, konieczność bliższej współpracy i działań bojowych z armiami sojuszniczymi oraz reorganizacja struktur doprowadziły do uzawodowienia, wzrostu specjalizacji armii, a także zwiększenia samodzielności dowódców na każdym szczeblu. Powoli w Wojsku Polskim, wzorem NATO, każdy żołnierz i oficer staje się przede wszystkim fachowcem w swojej dziedzinie. Uświadomienie sobie tej fundamentalnej różnicy między Sojuszem Północnoatlantyckim a Układem Warszawskim było przez lata źródłem wielu zabawnych nieporozumień. Pamiętam, jak jeszcze przed wejściem do NATO w ramach nawiązywania kontaktów z wojskami naszych zachodnich sąsiadów zostaliśmy zaproszenie do jednostki pancernej w Koblencji. Polscy oficerowie nie ukrywali zdumienia, gdy okazało się, że za utrzymanie czystości w jednostce nie odpowiadają żołnierze tylko wyspecjalizowana firma sprzątająca, a tamtejszy dowódca, zapytany przez polskiego generała o typ uzbrojenia przechowywany w jednym z garaży, zamiast wyrecytować dokładnie i ze szczegółami stan jednostki, odpowiedział ze spokojem, że szczegółowa wiedza na ten temat to zadanie dowódców poszczególnych dywizjonów.
Dziś każdy żołnierz oprócz uniwersalnych umiejętności ogólnowojskowych powinien osiągnąć pewien poziom specjalizacji. Oczywiście wojsko nie chce zamykać żołnierzy w wąskich ramach funkcyjnych – chodzi raczej o uzyskanie maksymalnego poziomu uniwersalizmu w obrębie jednej dziedziny. Dobrym przykładem jest tu droga zawodowa mojego syna, kapitana wojsk pancernych. Szkolony do dowodzenia zgrupowaniami czołgów przed wyjazdem na misję musiał nauczyć się prowadzenia lekkich pojazdów Rosomak, niezbędnych w walce w górzystym Afganistanie, i całkiem nowej taktyki walki przy ich wykorzystaniu.
Decentralizacja oraz reorganizacja struktur ope‑racyjnych armii, a także rosnąca liczba zadań i zróżnicowanie otoczenia, w którym przychodzi działać żołnierzom, sprawiają, że wojsko potrzebuje coraz większej liczby zdyscyplinowanych liderów, którzy będą potrafili zachować się w odpowiedni sposób nawet w sytuacjach niestandardowych. Dlatego też w polskiej armii od lat trwa poszukiwanie osób charakteryzujących się wrodzonymi cechami przywódczymi. Selekcja odbywa się przede wszystkim na podstawie obserwacji umiejętności pracy z ludźmi i przyjętych sposobów działania.
W wojsku szczególnie ważne jest, by dowódcy na każdym szczeblu świecili osobistym przykładem i ciągnęli za sobą podwładnych, a nie ukrywali się za ich plecami.
System szkolenia. Wyzwania, przed którymi staje armia w związku z uzawodowieniem, wzrostem specjalizacji i uwarunkowaniami wewnętrznymi (m.in. ograniczoną liczbą wykwalifikowanych kadr, rosnącą liczbą zadań wynikających z uczestnictwa w działaniach bojowych), silnie wpłynęły na proces szkolenia żołnierzy. W praktyce przez lata stawał się on w coraz większym stopniu podporządkowany przygotowaniu żołnierzy i oficerów do działania w zmiennym otoczeniu. Inaczej niż w czasach Układu Warszawskiego, kiedy spędzaliśmy na poligonach całe miesiące, symulując działania dużych jednostek taktycznych – dziś żołnierze ćwiczą w mniejszych oddziałach, znacznie krócej, za to w sposób bardziej intensywny.
Każdy oddział oddelegowany do realizacji zadań za granicą przechodzi sześcio-, ośmiomiesięczny cykl treningów, realizowanych w oparciu o strukturę odzwierciedlającą w dużej mierze skład osobowy oddziałów wykonujących później zadania podczas misji. Przynajmniej jeden miesiąc treningów poświęcony jest ćwiczeniom na zagranicznych poligonach w warunkach zbliżonych do tych, które żołnierze napotykają podczas misji. Na jednym z takich poligonów, położonym w środkowych Niemczech, odtworzono dokładnie specyficzną, niską zabudowę typową dla małych, górskich wiosek w Afganistanie. Przygotowanie jest ukierunkowane przede wszystkim na działania bojowe (a więc szkolenie ogniowe i taktykę) i wspomagające pełnienie obowiązków na misji (szkolenia inżynieryjne, sanitarne i kulturowe). Szkolenia obejmują wszystkich uczestników misji niezależnie od stopnia bądź pełnionego stanowiska. Biorą w nich udział zarówno generałowie, jak i wszyscy żołnierze, także ci o specjalistycznych funkcjach (np. kapelani, psychologowie służący w armii).
Przebudowa hierarchicznych struktur
Przeprowadzenie tak gruntownych zmian formalnych i operacyjnych było poważnym wyzwaniem. W praktyce proces ten często przerywano, przyspieszano lub hamowano z powodów politycznych, a determinacja kolejnych ekip Ministerstwa Obrony Narodowej zbyt często brała górę nad metodycznym przygotowaniem i logiką tych działań. Efektem tego był chaos, rodzący niezadowolenie kadry i prowadzący do strat potencjału ludzkiego. Wieloletni proces zmian napotykał przynajmniej cztery rodzaje fundamentalnych barier.
Pierwszy był związany z ludzką niechęcią do zmian, okazywaną przede wszystkim przez piony administracji i sztabów, a także starszą generację wyższych oficerów, zainteresowaną utrzymaniem status quo przynajmniej do przejścia na emeryturę. Drugi wynikał z regulacji prawnych, bardzo restrykcyjnych w stosunku do tego, z czym zetknęliśmy się w procesie akcesji do NATO. Trzeci był związany z luką kompetencyjną, wywołaną przede wszystkim znikomą znajomością języka angielskiego wśród kierowniczych kadr. Skutkowało to niskim poziomem komunikacji, która była zredukowana do minimum w obawie przed brakiem zrozumienia i przekroczeniem kompetencji, oraz szeregiem ograniczeń w obiegu informacji i przy ich wymianie. Czwarty rodzaj barier wynikał z różnic strukturalnych w systemach dowodzenia i kierowania oraz z całkowitego braku kompatybilności i zacofania technologicznego polskiej armii, która do końca lat dziewięćdziesiątych używała uzbrojenia zakupionego jeszcze w czasach obowiązywania Układu Warszawskiego.
Pokonanie wszystkich tych barier stało się możliwe m.in. dzięki determinacji samych żołnierzy i dowódców, którzy w trakcie misji w Iraku i Afganistanie jasno dostrzegli niedostatki polskiej armii. Efektywna transformacja była możliwa dzięki stopniowemu wprowadzaniu zmian, wsparciu całego procesu za pomocą narzędzi stymulujących przepływ wiedzy, a także zaangażowaniu ze strony nieformalnych liderów zmian i ich umiejętności inspirowania ludzi oddolnymi inicjatywami.
Dostosowanie do wymogów NATO wymagało zmian w strukturach wewnętrznych, modelu dowodzenia oraz w systemie szkolenia polskiej armii.
Lekcje z kampanii irackiej i afgańskiej
Stopniowe wdrażanie zmian. Przełamywanie barier mających w wielu przypadkach charakter psychologiczny wymaga dokładnego planowania i stopniowego wprowadzania w życie. Dlatego też zmianami w polskiej armii zarządzano poprzez opracowane zawczasu (i niestety często modyfikowane) plany, za realizację których odpowiadali dowódcy poszczególnych szczebli. Zmiany początkowo były wdrażane w kilku wybranych jednostkach, które wskutek ustaleń politycznych jako pierwsze zostały przeznaczone do współdziałania z armiami innych członków sojuszu (m.in. 25. Brygady Kawalerii Powietrznej). Doprowadzenie do pełnej interoperacyjności w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego przez transformację struktur wewnętrznych i zmiany kadrowe zostało połączone z działaniami zmierzającymi do zapewnienia wybranym jednostkom średnich standardów armii państw NATO w zakresie uzbrojenia, wyposażenia, mobilności, łączności i teleinformatyki. Stopniowy charakter zmian poprzedzonych swoistym pilotażem w elitarnych jednostkach niósł za sobą kilka zalet. Umożliwił on przetestowanie w praktyce wypracowanych założeń teoretycznych i gromadzenie wiedzy na temat samego procesu zmian (pierwsze doświadczenia jednostek w kontaktach z NATO były dogłębnie analizowane, a wnioski rozpowszechniane wewnątrz armii). Umożliwił także relatywnie szybkie osiągnięcie pierwszych „błyskawicznych zwycięstw”, stanowiących pozytywny przykład motywujący armię do dalszego działania.
Narzędzia zapewniające przepływ wiedzy. Zmiany, których efektem była postępującą integracja operacyjna Wojska Polskiego z siłami zbrojnymi sojuszników, były stale stymulowane poprzez udział wojskowych w spotkaniach, konferencjach, warsztatach, ćwiczeniach i manewrach. Jak wynika z danych Ministerstwa Obrony Narodowej, ogółem – od początku naszej przynależności do NATO do końca 2008 roku – nasi żołnierze brali udział w ok. 70 ważniejszych ćwiczeniach sojuszniczych i wielonarodowych. Uczestnictwo w tego typu spotkaniach nie tylko pozwalało na bezpośrednią wymianę wiedzy i doświadczeń, ale było także dodatkowym bodźcem do wytężonej pracy. Wymuszało na kadrze oficerskiej i żołnierzach większe zaangażowanie w naukę języków obcych, szybsze przyswojenie regulacji i procedur obowiązujących w Sojuszu Północnoatlantyckim.
Zaangażowanie nieformalnych liderów zmian. Skuteczne przeprowadzenie zmian nie byłoby możliwe bez aktywnego udziału w procesie przebudowy młodszej kadry oficerskiej i podoficerskiej, a więc ludzi, którzy najczęściej uczestniczą w misjach.
Wielu z nich to żołnierze wykształceni już w systemie szkolenia Sojuszu Północnoatlantyckiego. Na wczesnym etapie kariery poznali zasady rządzące armiami sojuszniczymi i dostrzegli także osobisty interes w implementacji przemian na polski grunt. Niestety, spora część tego zapału została zmarnowana, chociażby z powodu silnych ograniczeń biurokratycznych i braku możliwości w pełni efektywnego wykorzystania nowych kompetencji nabytych przez młodych oficerów za granicą. Bez wątpienia jednak bez ich zaangażowania proces zmian ciągnąłby się znacznie dłużej, a ich efekty byłyby mniej trwałe.
Proces zmian zapoczątkowanych wraz ze wstąpieniem do Sojuszu Północnoatlantyckiego, a utrwalanych w trakcie polskich misji wojskowych w Iraku i Afganistanie, wciąż jest daleki od zakończenia. Choć naszej armii udało się osiągnąć satysfakcjonujący poziom interoperacyjności i kompatybilności z wojskami sojuszników, nadal wiele do życzenia pozostawia chociażby poziom uzbrojenia naszych żołnierzy i cały proces realizacji zamówień dla armii. Polskie wojsko nadal nie dopracowało się także specjalnych struktur, które miałyby gromadzić, przetwarzać i rozpowszechniać wiedzę zdobytą w trakcie działań bojowych. Nasze sukcesy w Iraku i Afganistanie pozwalają jednak stwierdzić, że zmiany te zmierzają w dobrym kierunku i będą już trudne do zatrzymania.
Święto Aszury to najważniejsza religijna uroczystość szyitów, służąca upamiętnieniu męczeńskiej śmierci Husajna ibn Alego, wnuka Mahometa.
Jak wynika z wyliczeń dokonanych przez dziennikarzy Portalu Spraw Zagranicznych, opartych na oficjalnych danych Ministerstwa Obrony Narodowej, koszty utrzymania Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku w latach 2003 – 2008 przekroczyły miliard złotych. Z oficjalnych danych przedstawionych przez MON wynika również, że utrzymanie polskiego kontyngentu w Afganistanie kosztowało 374 miliony złotych w 2010 roku i 315 milionów złotych w 2011 roku.

