W przeciwieństwie do konwersji prawnej i nominalnej procesy konwergencji realnej nie podlegają żadnym formalnym ocenom – są dla nas celem polityki gospodarczej. Przy prowadzeniu odpowiedniej polityki ekonomicznej do konwergencji realnej, a więc szybszego rozwoju niż w zachodniej Europie, popycha nas sam rynek. Jest to jednak efekt długookresowy, który nie musi pojawiać się w każdym roku.
Procesy te nie odbywają się automatycznie, a poważne błędy w polityce ekonomicznej mogą je znacznie opóźnić. Dowodzą tego chociażby przykłady gospodarek państw nadbałtyckich, których PKB po okresie dynamicznego rozwoju spadł o 10 – 20%, oddalając tym samym perspektywę zrównania poziomu dochodów ze strefą euro.
W obecnym roku znaleźliśmy się w dość unikalnej sytuacji. W Polsce odnotowujemy symboliczny wzrost, ale w zachodniej Europie mamy do czynienia z poważnym spadkiem PKB. Nawet niewielki dodatni wzrost sprawia więc, że Polska wyraźnie zmniejsza dystans w zakresie poziomu dochodów w porównaniu z gospodarkami strefy euro. To jednak efekt krótkofalowy, który nas specjalnie nie cieszy. Wszyscy wolimy, żeby konwergencja realna polegała na tym, że gospodarki zachodniej Europy dobrze się rozwijają, a Polska rozwija się znacznie szybciej.
Analizując problematykę przyjęcia euro, nie można bowiem zapominać, że prawdziwym celem wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty jest długookresowy, realny wzrost wydajności pracy i dochodów. Biorąc pod uwagę ten cel, znacznie większe korzyści moglibyśmy odnotować, gdyby gospodarki strefy euro rozwijały się w tempie około 2 – 3% rocznie, natomiast polski PKB rósł o 5 – 6%.

