Czy epidemia COVID-19 to „czarny łabędź” czy nowa normalność?

Podczas gdy ciągle jeszcze próbujemy zrozumieć skalę pandemii, nie ulega wątpliwości, że nowe wyzwania, przed którymi stoimy, wskazują na konieczność wprowadzenia w naszym życiu i sposobie prowadzenia biznesu bardziej trwałych zmian.

W czasie, jaki upłynie od chwili, kiedy napiszę ten artykuł, a ty go przeczytasz, wszystko, co powiem o COVID-19, prawdopodobnie będzie już nieaktualne. Taka jest natura wszystkiego, co porusza się w społeczeństwie w zawrotnym tempie. Trudno zrozumieć skalę tego, co się obecnie dzieje, dlatego logiczne jest pytanie, czy COVID-19 to tak zwany czarny łabędź, którego społeczeństwo i biznes się obawiały. Odpowiedź oczywiście jest twierdząca. Zarazem może to być jednak nowy rodzaj wyzwania, z którym będziemy się stale mierzyć – nowa normalność.

Jest o wiele za wcześnie, by mówić o lekcjach na przyszłość, kiedy trwa wielka ludzka tragedia. Z drugiej strony trudno myśleć o czymkolwiek innym, a mózg szuka czegoś przydatnego, czego mógłby się uchwycić. Poczynię zatem kilka uwag na temat tego globalnego wyzwania i jego związku z innymi wielkimi problemami, takimi jak zmiana klimatu.

Musimy lepiej zrozumieć wykładniczy wzrost i reagować na niego

Na dzień 11 lutego liczba przypadków COVID-19 poza Chinami wynosiła mniej niż 400. Pięć tygodni później, kiedy piszę te słowa, jest ich ponad 90 000 – co oznacza wzrost o ponad 18% w ciągu jednego dnia.

Do wytłumaczenia wykładniczego wzrostu nauczyciele od dawna posługują się następującym porównaniem. Wyobraź sobie staw, na którym rośnie jedna lilia wodna. Każdego dnia liczba roślin podwaja się, a po 30 dniach staw będzie całkowicie zarośnięty (a inne formy życia wyparte). Którego dnia roślina pokryje połowę powierzchni stawu? Którego pokryje tylko 1% jego powierzchni? Dwudziestego dziewiątego oraz dwudziestego czwartego. Nawet jeśli tempo wzrostu wyniesie 50% zamiast 100%, to odpowiedz będzie brzmiała: dwudziestego ósmego oraz dziewiętnastego dnia.

W kontekście COVID-19 oznacza to, że jeśli nie „spłaszczymy krzywej wzrostu”, wkrótce będziemy świadkami chorób i śmierci na niewyobrażalną skalę. System opieki zdrowotnej i ekonomia mogą nie wytrzymać tego uderzenia.

Mamy pewne doświadczenie (i okazjonalne sukcesy) w zarządzaniu wzrostem wykładniczym, który jest motorem napędowym największych globalnych problemów – między innymi zaludnienia, zużycia zasobów i emisji gazów cieplarnianych. Od rewolucji przemysłowej do 2010 roku wzrost tych wszystkich zjawisk był nieliniowy. Na szczęście tempo wzrostu emisji wyhamowuje. Po części dlatego, że trudno było przewidzieć, jak będzie wyglądał wykładniczy wzrost emisji, zareagowaliśmy zbyt późno, by uniknąć szkodliwego oddziaływania na ludzi i planetę. To samo dzieje się teraz z COVID-19: ponieważ ludzie nie potrafią radykalnie zaprzestać kontaktów z innymi, wciąż nie wiemy, z jaką ilością cierpienia przyjdzie się nam zmierzyć.

Z drugiej strony dobra wiadomość jest taka, że w ciągu ostatnich dziesięcioleci niektóre wielkie problemy zmniejszyły się w sposób nieliniowy: spadek ubóstwa wśród dzieci, ograniczenie niektórych chorób (niektórych do zera) oraz spadek kosztów pozyskiwania energii odnawialnej. Te pozytywne trendy powodują głębokie zmiany w społeczeństwie i również wymagają przygotowania.

W nadchodzącej, możliwej do przewidzenia, przyszłości nasz świat będą kształtować ograniczenia planety

Mamy do dyspozycji tylko tyle, ile oferuje nasza planeta – tylko tyle możliwych do eksploatacji kopalni, tylko tyle ryb w morzu, tylko tyle gruntów ornych, tylko tyle dwutlenku węgla, które mogą pochłonąć oceany i atmosfera, i tak dalej. Gdy próbujemy przesunąć te granice, ryzykujemy nieodwracalną zmianę naszej planety. Wszystkie gospodarki i firmy muszą znaleźć sposób na działanie w ramach tych podstawowych ograniczeń.

Prawdopodobnie wzrost liczby wirusów takich jak ten, który powoduje COVID-19, jest produktem ubocznym naruszenia niektórych z tych granic. Naukowcy nie poznali jeszcze dokładnie źródeł pochodzenia wirusa, ale wiadomo, że pierwotnym źródłem epidemii był prawdopodobnie kontakt z nietoperzami i innymi gatunkami zwierząt. Pierwsi zarażeni w Chinach ludzie pracowali na rynku żywych zwierząt, oferując niecodzienne potrawy, na przykład z łuskowca – rodzaj mrówkojada, inne podejrzane źródło zarażenia. Ale dlaczego ludzie jedzą tak zwane bushmeat – mięso pozyskiwane z dzikich zwierząt lądowych – głównie w Afryce i Azji? Być może to uproszczenie, ale wydaje się, że z powodu połączenia zwykłego pragnienia przetrwania oraz postawy, że „zwierzęta żyją, by służyć człowiekowi”. Kiedy prawie 8 miliardów ludzi zamieszkuje jedną planetę i działa wbrew prawom natury i kiedy miliardy ludzi nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb, zjadają wszystko. A kiedy postrzegamy przyrodę jako coś, co możemy bezkarnie używać, nadmiernie ją eksploatujemy.

Musimy zrozumieć, że wszyscy jesteśmy połączeni

W ostatnich latach pielęgnowaliśmy postawę „każdy sobie”. Nacjonalizm jest bardzo niebezpieczny w obliczu zagadnień ponadgranicznych, takich jak zmiana klimatu, nadmierna eksploatacja zasobów oraz pandemie. Na pewnym poziomie jesteśmy tak silni, jak nasz najsłabszy układ odpornościowy.

W tym duchu pytanie o pozornie politycznym charakterze, takie jak: „Czy każdy powinien być objęty podstawowym pakietem opieki zdrowotnej?”, staje się w istocie pytaniem o dobrobyt ludzi i gospodarki. Krótko mówiąc, jeśli ludzie nie mają ubezpieczenia i nie mogą przestać pracować, gdy są chorzy (ponieważ brakuje im płatnego urlopu lub świadczeń), pojawią się w pracy. Będą przygotowywać jedzenie. Będą sprzedawać nam artykuły spożywcze. Będą jeździć naszymi środkami transportu i naszymi karetkami pogotowia.

Nie możemy wiecznie chować się za fizycznymi lub ekonomicznymi murami. Bez podstawowego, powszechnego dostępu do energii, wody, żywności i opieki zdrowotnej wszyscy będziemy zagrożeni. Jeśli wszystkim nie będzie dobrze, nikomu nie będzie.

Zmiany klimatu i choroby są powiązane

Wszystkie nasze największe problemy zazębiają się i są współzależne. W miarę ocieplania się planety wydłużeniu ulegają pory roku oraz poszerza się geograficzny zasięg występowania wielu niebezpiecznych chorób, takich jak malaria, gorączka denga, chikungunya (tropikalna choroba wirusowa) i gorączka Zachodniego Nilu. Musimy myśleć o naszym systemie opieki zdrowotnej, mając te trendy na uwadze.

Jednocześnie, gdy podniesie się poziom mórz i oceanów, a niektóre obszary staną się niemożliwe do zamieszkania, będziemy musieli zmierzyć się z problemem uchodźców. Prawdopodobnie będą oni mieli niewielkie wsparcie ekonomiczne i zdrowotne. Nie twierdzę, że uchodźcy przenoszą egzotyczne choroby – to nasi obywatele podróżujący samolotami i statkami sprowadzili i rozprzestrzenili COVID-19. Należy jednak liczyć się z faktem, że większa liczba migrantów mających słabe wsparcie instytucjonalne nie poprawi ogólnego stanu zdrowia ludzkości.

Spowolnienia gospodarcze spowodowane krachami rynkowymi lub pandemiami w przewrotny sposób ograniczają emisje. Jak powiedziała niedawno była szefowa ONZ ds. klimatu Christiana Figueres, wolniejszy wzrost gospodarczy spowodowany przez koronawirusa „może sprzyjać klimatowi… ponieważ jest mniej transportu, mniej podróży, mniej handlu”. Jest to oczywiście konsekwencja, która wywołuje mieszane emocje: spadek zanieczyszczenia jest korzystny, ale ludzkie koszty spowolnienia gospodarczego to dodatkowy poważny problem niszczących skutków pandemii.

Z kosmosu możemy zobaczyć, że jakość powietrza w chińskiej prowincji Wuhan znacznie się poprawiła, kiedy ludzie przestali cokolwiek robić. Nie chcieliśmy tego osiągnąć takimi środkami. Mimo to kryzys pozwala nam wyobrazić sobie świat, w którym ślad węglowy gospodarki jest znacznie mniejszy, a ludzie mogą łatwiej oddychać w dosłownym tego słowa znaczeniu. Każdego roku około 8 milionów ludzi umiera przedwcześnie z powodu złego powietrza. Czy nie byłoby dobrze znaleźć sposób na stworzenie gospodarki dla wszystkich, która znacznie zmniejszyłaby ryzyko pandemii, zgonów i chorób z powodu zanieczyszczenia powietrza i zmian klimatu?

Przemyślenia dla firm

W obliczu kryzysu na tak wielką skalę trudno jest zrobić krok wstecz i zobaczyć, jakie wnioski firmy mogą wyciągnąć z dzisiejszych doświadczeń, ale mimo to spróbujmy. Kilka tematów:

W razie wątpliwości powinniśmy stawiać ludzi na pierwszym miejscu

Pierwsza reakcja na wirusa, zwłaszcza w USA, wydawała się polegać na złagodzeniu jego wpływu na giełdę i gospodarkę. Wiele firm wydało oświadczenia na temat oddziaływania na łańcuchy dostaw i popyt. To oczywiście nie jest bez znaczenia, ale – do licha! – mamy do czynienia z nagłym zagrożeniem dla zdrowia ludzkiego. Firmy i rządy powinny bardziej się postarać i nie martwić się wyłącznie zyskami i rynkami.

W obliczu ludzkich tragedii liderzy firm powinni zadać sobie pytanie: „Co możemy zrobić dla naszych pracowników?”. Najłatwiejszym rozwiązaniem jest praca zdalna, niestety, niemożliwa w przypadku wielu stanowisk. Czy firmy mogą zapewnić pracownikom wynagrodzenie w nagłych wypadkach związanych ze spowolnieniem gospodarki – a przynajmniej wpłynąć na rządy, by uruchomiły odpowiednie dotacje i pożyczki?

Wiele firm już wcześniej udowodniło, że w sytuacjach awaryjnych potrafi postawić dobro społeczności na pierwszym miejscu. Jednym z kluczowych przykładów prawdziwie zrównoważonego rozwoju była postawa zarządu Walmartu w 2005 roku, kiedy okazało się, że sieć dystrybucji firmy lepiej niż rząd federalny jest w stanie zaopatrzyć ludzi uwięzionych w wyniku huraganu Katrina. To doświadczenie skłoniło zarząd do głębokiej refleksji nad tym, co jeszcze firma może zrobić dla społeczeństwa. Niedawno Budweiser przestawił produkcję, by wyprodukować pół miliona puszek wody dla ofiar huraganu. Wiele firm współpracowało z ONZ w celu udzielenia pomocy podczas pandemii – Unilever dostarczył 750 000 kostek mydła podczas wybuchu epidemii wirusa ebola.

Gdy piszę te słowa, niektóre firmy zaczynają podejmować działania, by pomóc światu przetrwać pandemię. LVMH, francuski lider w dziedzinie luksusu, ogłosił, że przestawia trzy fabryki na produkcję środków do dezynfekcji rąk i za darmo przekaże wiele ton żelu francuskiemu rządowi i szpitalom.

Społeczności, rządy i pracownicy będą o tym pamiętać. Firmy te, pomagając ludziom i postępując właściwie, budują zaufanie i umacniają swój mandat na prowadzenie działalności.

Ekonomiczna elastyczność w obliczu „czarnych łabędzi” wymaga od firm umiejętności dostosowania się do okoliczności

Nasz obecny model gospodarczy opiera się na dążeniu do wydajności: jeśli znajdziesz najszybszy i najtańszy sposób robienia lub produkowania, to najpewniej zdobędziesz przewagę czasową lub kosztową. Ale globalne łańcuchy dostaw, które optymalizują się pod kątem centralizacji i obniżenia kosztów, mają poważne słabości.

Analiza globalnych łańcuchów dostaw na początku tego miesiąca wykazała, że 1000 największych światowych korporacji i ich dostawców ma ponad 12 000 obiektów w poddanych kwarantannie obszarach Chin, Korei i Włoch. Byliśmy już świadkami podobnego przypadku. Ogromne powodzie w Tajlandii w 2011 roku wymusiły zamknięcie fabryk, które produkowały ważne komponenty dla branży dysków twardych i podzespoły dla producentów samochodów. Były to jedyne miejsca, w których produkowano niektóre części.

Nic nie może zapobiec zmniejszeniu popytu będącego efektem społecznego wycofania oraz poważnych ograniczeń w podróżach i usługach. Mimo to organizacje mogą podjąć pewne działania osłabiające ryzyko dla ich operacji. Mogą wkomponować w łańcuchy wartości elementy powielania i różnorodności produkcji i dostaw – kluczowe czynniki elastyczności i odporności w przyrodzie (nie bez powodu mamy dwie nerki). W krótkim okresie wiele łańcuchów dostaw i ścieżek produkcji może stracić na efektywności, ale przydać się w nagłych wypadkach. W swoich planach i kalkulacjach inwestycyjnych przedsiębiorcy powinni uwzględnić elastyczność i redukcję ryzyka, a nie tylko to, co dziś zapewnia im najniższe koszty.

Firmy muszą także przygotować się na korzystne trendy wykładnicze, które prowadzą do likwidacji niektórych modeli biznesowych i powstania nowych. Na przykład czysta gospodarka zastępuje paliwa kopalne w pozornie wolnym tempie, ale podobnie jak wspomniane wyżej lilie – szybko przejmie kontrolę.

Być może odkryjemy pożyteczny element naszych interakcji i podróży

Czy nam się to podoba, czy nie, rozpoczynamy wielki eksperyment ze zdalną pracą i technologią. Jak w lutym br. powiedziała była szefowa ds. klimatu w ONZ Christina Figueres: „Być może uzmysłowimy sobie, że nie musimy tak dużo podróżować. Jestem pewna, że rynek skorzysta z okazji na udoskonalenie technologii, abyśmy mogli się komunikować i uczestniczyć w spotkaniach tak, jakbyśmy byli na nich fizycznie obecni. Byłby to systemowy wkład w [ograniczenie] zmian klimatu”. Te wszystkie przedsięwzięcia przygotują nas na przyszłe choroby i pandemie.

Biznes musi rozstać się z polityką i stronami politycznych sporów

W sytuacji kryzysowej firmy muszą robić to, co jest dobre dla pracowników i członków społeczności. Jednak podczas systemowych sytuacji kryzysowych i wyzwań potrzebujemy czegoś więcej. Biznes musi wykorzystywać swoje wpływy polityczne, aby stymulować zmiany na szczeblu legislacyjnym.

Większość międzynarodowych korporacji spoza sektora energetycznego uniknęła poważnego lobbingu lub komunikacji z liderami politycznymi na temat polityki klimatycznej. Podpisują oświadczenia popierające działania, ale nie pojawiają się osobiście w Waszyngtonie, Brukseli czy w regionalnych i krajowych stolicach, aby uzasadnić swoją cenę za emisję dwutlenku węgla lub inwestycje w czyste technologie.

To samo może dotyczyć epidemii COVID-19. Przedsiębiorstwa oraz duże organizacje, takie jak uniwersytety i profesjonalne ligi sportowe w Stanach Zjednoczonych, zamykają się lub przechodzą na operacje zdalne. To słuszne postępowanie, aby spłaszczyć krzywą wskaźnika zarażenia.

Czy jednak wystarczy robić to, co znajduje się bezpośrednio pod twoją kontrolą? Już nie. Biznes ma ogromny interes w sprawnie działającej gospodarce i zdrowych pracownikach. Dlatego spowolnienie wirusa musi być jego najwyższym priorytetem. Oznacza to wezwanie rządów do wspólnego działania w celu zamknięcia szkół, zakazania publicznych spotkań, znacznie szybszego rozwijania infrastruktury do testów oraz zapewnienia transparentności działań. Jeśli administracja kraju działa opieszale, zadaniem przedsiębiorstw jest wywieranie na nią presji.

Dla mnie te wszystkie przemyślenia składają się na to, co powiedziałem na początku: COVID-19 i zmiany klimatu to „czarne łabędzie”, a jeden porusza się szybciej od drugiego. Wskazują one jednak na bardziej trwałe zmiany, które wszyscy musimy wprowadzić w naszym życiu oraz sposobie prowadzenia działalności biznesowej.

Miejmy nadzieję, że razem doczekamy tych wyzwań i skorzystamy z okazji, by zbudować bardziej ludzki, współczujący i zrównoważony świat. Zostań na razie w domu i bądź bezpieczny.