„Technologie w służbie ludzi” – czy aby na pewno?

O tym, w jaki sposób innowacyjne rozwiązania technologiczne wpływają na rynek nie tylko pracy, opowiada Jason Pontin, starszy partner we Flagship Pioneering Company – bostońskiej firmie, która tworzy i finansuje przedsiębiorstwa rozwiązujące globalne problemy dotyczące zdrowia.

Mamy wiedzę na temat tego, w jaki sposób możemy monitorować parametry biologiczne, fizyczne czy behawioralne. Dzięki nim m.in. znamy swój stan zdrowia i wiemy, jak się odżywiać. Jednak wiedza teoretyczna nie zawsze idzie w parze z praktyką i poza wąską grupą ludzi niewiele osób jest w stanie zmienić swoje codzienne nawyki, choćby te żywieniowe. W jaki sposób, dzięki nowoczesnym rozwiązaniom technologicznym, można to zmienić?

Nie jest tajemnicą, że wiele chorób wynika wprost ze złych nawyków. Dlatego jeśli zaczniemy mierzyć swoje zachowania, wyniki tych pomiarów mogą pozwolić nam osiągać lepsze wyniki. Mowa o ruchu Quantified Self, czyli koncepcji wykorzystywania wielu biomarkerów [mierzalne zmiany w komórkach organizmu – przyp. red.], aby żyć zdrowiej.

W Dolinie Krzemowej są ludzie tacy jak Jack Dorsey, założyciel Twittera, którzy głęboko w to wierzą. Istnieją również tzw. youtuberzy, z dużą liczbą widzów, którzy żyją według tej metody.

Ów system nie sprawdził się jednak zbyt dobrze jako okazja biznesowa. Wynika to z faktu, że większość ludzi nie chce poświęcać czasu na dokonywanie precyzyjnych pomiarów. Zwykle godzą się na to, by nosić przy sobie jakieś urządzenie, które będzie zliczało ich kroki, ale codzienne pomiary tętna czy zliczanie kalorii – to już dla nich za dużo. Drugim problemem jest to, że tak naprawdę nie wiemy, czy te interwencje rzeczywiście poprawiają nasze zdrowie, a jeśli tak, to które z nich działają i ile musimy ich przeprowadzić, by przyniosły pozytywne rezultaty dla danego fenotypu [zespół cech organizmu – przyp. red.].

Mimo że większość firm w tym segmencie rynku upadło – w tym FitBit, który opierał się na krokomierzach – potrafię sobie wyobrazić taką, która odniesie sukces. Jednak pod dwoma warunkami. Po pierwsze, należy opracować zestaw pasywnych czujników, których użycie nie będzie wiązało się z wielkim wysiłkiem. Użytkownik mógłby na przykład robić zdjęcie posiłku, a sztuczna inteligencja określiłaby liczbę kalorii, którą przyjmuje. Pasywne pomiary akcji serca czy bezbolesne badanie krwi również byłyby pomocne. Po drugie – co najważniejsze – te działania nie przyniosą rezultatów bez szczegółowych informacji o nas samych. Niektórzy ludzie potrzebują dużo więcej ćwiczeń niż standardowe 10 000 kroków dziennie. Inni zaś muszą zbić swój poziom cholesterolu prawie do zera i cały czas pilnować, by nie wzrósł. Musimy zatem być w stanie zbadać swój genom, aby określić to, co jest nam potrzebne.

Podczas swojego wystąpienia na Kongresie MIT Sloan zaprezentował pan badania firmy McKinsey określające, które zawody mają największą szansę na automatyzację. Czy według pana ich prognozy są trafne?

Dwa czynniki, które McKinsey wziął pod uwagę, to ilość danych, które dane stanowisko pracy produkuje lub używa, oraz powtarzalność wykonywanych zadań, które nie wymagają kreatywności. Zdradzę jednak, że nikt się z nimi nie zgadza. Każdy think tank – czy to McKinsey, czy Boston Consulting Group, czy PWC, czy Światowe Forum Ekonomiczne – podaje diametralnie inne szacunki dotyczące tego, które zawody zostaną wyeliminowane i kiedy to nastąpi. Jeśli chodzi o moje zdanie, uważam, że najodważniejsze szacunki są nieco zbyt alarmujące.

Nie sądzę jednak, aby połowa istniejących zawodów została wyeliminowana w ciągu najbliższych 10 czy 15 lat. Choćby z uwagi na inwestycje, jakie musiałyby zostać poczynione w wielu branżach, które jeszcze nie są na to gotowe. Jednakowoż uważam, że jest to jedna z tych radykalnych transformacji ekonomicznych, które zachodzą średnio co 100 lat. Myślę, że jest to współczesny odpowiednik rewolucji przemysłowej i skala zmian będzie podobna. Myślę również, że nawet te zawody, które pozostaną, będą podlegać transformacji.

Przykładowo zawsze będą istnieć lekarze, którzy diagnozują choroby i przepisują leki. Jednak jestem przekonany, że proces diagnostyczny i leczniczy zostanie ulepszony poprzez współpracę z systemami sztucznej inteligencji. To będzie oznaczało, że lekarze powrócą do swojego pierwotnego zadania sprawowania opieki nad pacjentem. Nie przychodzi mi do głowy żadna branża, której nie dotkną podobne zmiany.

Jason Pontin
Jason Pontin

Czy w takim razie jesteśmy w stanie określić, jaki obszar działalności zawodowej zyska na tych zmianach?

Choć postęp technologiczny sprawia, że część zawodów staje się niepotrzebna, jednocześnie tworzy miliony nowych miejsc pracy. Uważam, że duży wzrost zanotują działania kreatywne, w których element ludzki jest ważny – projektowanie czy wspomniana opieka zdrowotna (w pierwotnym rozumieniu tego słowa).

Myślę, że w przyszłości powstaną stanowiska, których dziś nie jesteśmy nawet w stanie sobie wyobrazić. Zwróćmy chociażby uwagę na fakt, że obecnie istnieją dziesiątki stanowisk, jak menedżer ds. mediów społecznościowych, których ja sam nie potrafiłbym sobie wyobrazić 12 lat temu. Nie wiem, jakie nowe zawody powstaną, ale jestem pod tym względem optymistą. Ponadto dotychczas każda rewolucja technologiczna niosła ze sobą powstanie zupełnie nowych, dobrze płatnych prac.

Dane tego nie potwierdzają i mówią nam coś zatrważającego. Pierwszy raz w historii ludzkości wzrost gospodarczy jest dodatni – w Azji sięga 7–8%, w Stanach Zjednoczonych wynosi 2–3% rocznie, również w Polsce wygląda to zdrowo – podczas gdy płace stoją w miejscu, jeśli uwzględnimy inflację. Większość ludzi nie odczuła wzrostu płacy w ciągu ostatnich 20–30 lat. Cały efekt tego wzrostu gospodarczego pozostaje w rękach 1% najbogatszych ludzi. Nie znamy wszystkich powodów takiego stanu rzeczy. Na pewno ma w tym swój udział globalizacja, być może także kiepska polityka podatkowa. Jednak większość ekonomistów zgadza się ze stwierdzeniem, że głównym powodem zamrożenia płac przy ciągłym wzroście gospodarczym jest automatyzacja.

Warto więc zadać pytanie, czy nastąpił pierwszy w historii rozłam w idealnym dotychczas związku pomiędzy wzrostem produktywności a zamożnością. To prawdziwy problem dla wielu krajów na całym świecie, powodujący ogromne zawirowania polityczne. Jeśli weźmiemy pod uwagę brexit, dojście do władzy Trumpa w USA czy populistów na Węgrzech i we Włoszech, łatwo jest wytłumaczyć te wydarzenia reakcjami na imigrantów. Jednak tak naprawdę wiążą się one z tym, że ludzie nie czują korzyści z tych nowych technologii.

W Polsce również obserwujemy niedobór pracowników i rosnące ceny. Zauważamy też rozdźwięk pomiędzy fabrykami, które inwestują w robotykę i automatyzację, a firmami, które wciąż na coś czekają – jednak nie decydują się na wejście w ów obszar. Co mogłoby wpłynąć na zmianę tego stanu rzeczy?

Opór wobec inwestycji w automatyzację wcale mnie nie dziwi. Jednak warto zauważyć, że państwa, które stały się np. liderami produkcji, osiągnęły to, inwestując jednocześnie w automatyzację, unowocześnienie swoich fabryk, ale także w ludzi.

Jest wiele rzeczy w niemieckiej polityce dotyczącej przemysłu, które mi się nie podobają, ale Niemcy zrobili tzw. dobrą robotę w zakresie unowocześniania swojego przemysłu, a zarazem wciąż doszkalali swoich pracowników. Ameryka jest chyba pod tym względem najsłabsza, ale Wielka Brytania również nie świeci przykładem. Stany Zjednoczone straciły swoją przewagę w zakresie produkcji, eksportując ją do krajów o taniej sile roboczej. Rząd USA uważał, że Ameryka może pozostać przemysłowym liderem, opierając się wyłącznie na własności intelektualnej. To tak jak w przypadku iPhone’a, na którym jest napisane: „zaprojektowano w Kalifornii, wyprodukowano w Chinach”.

Dlatego firmy, które chcą pozostać konkurencyjne na rynku, muszą dokonywać poważnych inwestycji w swój proces produkcyjny. Raz na 10 lat nie wystarczy, należy to powtarzać co 3–4 lata. Natomiast pracowników trzeba traktować jako element absolutnie niezbędny. Jak to robią Niemcy? Mają narodową politykę przemysłową, a niemieccy przedsiębiorcy naprawdę inwestują w swoich ludzi. Czuwają nad tym związki zawodowe, blisko współpracujące z kierownictwem firm. Wiem, że w Polsce relacje pomiędzy związkami zawodowymi a kierownictwem nie są najlepsze. Natomiast w Niemczech pracownicy naprawdę siedzą z właścicielami przy jednym stole. Ponadto mają wspaniałe programy praktyk, w których absolwenci szkół mogą od razu zostać zatrudnieni w produkcji i wracać do szkoły co 2–3 lata, gdy same fabryki są modernizowane.

Zamiast wyrzucać ludzi zawsze, gdy pojawi się kolejna innowacja, Niemcy w nich inwestują, a oni czują dumę, gdy mogą uczestniczyć w tworzeniu coraz to nowszych produktów.

A co sądzi pan na temat konfliktu technologicznego pomiędzy Chinami a Stanami Zjednoczonymi? Jakie będą jego skutki?

Chińska partia komunistyczna ma dwa usprawiedliwienia swoich ciągłych rządów. Po pierwsze, gwarantują 7-procentowy roczny wzrost gospodarczy oraz obiecują naprawić XIX-wieczne krzywdy, które spotkały Chiny. Są zdeterminowani, by stać się potęgą ekonomiczną przyszłości. Ich państwo jest prowadzone przez wykształconych ekonomistów i inżynierów. Wiedzą, że dwoma głównymi źródłami długotrwałego rozwoju są nowe pomysły i ludzie. Planują stać się dominującą potęgą technologiczną w trzech obszarach. Pierwszym z nich jest sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe, w które inwestują dużo więcej niż Stany Zjednoczone. Drugim obszarem są nauki przyrodnicze z włączeniem biotechnologii, a trzecim – innowacje energetyczne. Mimo to warto zaznaczyć, że Chiny wciąż pozostają dość biednym państwem, jeśli spojrzymy na ich PKB w przeliczeniu na mieszkańca. Biorąc pod uwagę tę zmienną, suma pieniędzy, jaką przeznaczają na inwestycje w przyszłość, jest niewielka.

Jednak obserwując ich nastawienie i pomysły na rozbudowę infrastruktury czy rozwój nauki – powinniśmy stać się bardziej konkurencyjni. Tymczasem rząd amerykański przeznacza zaledwie 50 mln dolarów rocznie na badania i rozwój w zakresie energetyki. Aby złapać kontekst, ich wydatki na rozwój opieki zdrowotnej poprzez Narodowy Instytut Zdrowia (NIH) i Narodową Fundację Naukową (NSF) stanowią setki milionów dolarów. Te inwestycje oczywiście są wartościowe, ale wydaje mi się, że przyszłość naszej energetyki jest równie istotna.

Gdy patrzę na Amerykę, to widzę chaos. Chaos, który pozostaje w opozycji do przemyślanego działania Chińczyków.

Którego obszaru z zakresu nowoczesnych technologii obawia się pan najbardziej?

Technologia edycji genów może dać nam ogromne możliwości w zakresie przedłużenia naszego życia i pokonania wielu nieuleczalnych dotychczas chorób. W firmie, w której obecnie pracuję, rozwijamy ją każdego dnia. Niestety, jest ona niesamowicie potężna i może zostać wykorzystana również w niecnych celach. Za pomocą technologii nadpisywania genów możemy bowiem z łatwością usuwać całe gatunki czy też tworzyć broń biologiczną.

Przykładowo CRISPR/CAS9 [jedna z metod inżynierii genetycznej – przyp. red.] pozwala na bezpośrednią edycję poszczególnych nukleotydów i genów.

Według mnie technologia, o której rozmawiamy, pojawiła się sto lat za wcześnie. Jako gatunek nie jesteśmy na nią jeszcze gotowi. Nie mamy bowiem wystarczająco wypracowanej odpowiedzialności. Ponadto nie potrafimy przedsięwziąć właściwych środków bezpieczeństwa i nie umiemy działać dla wspólnego dobra. Dostaliśmy boską moc, podczas gdy jesteśmy tylko nieco bardziej rozwiniętymi małpami.

Ludzie mówią o edycji genów już od 20 lat, ale dotychczasowe rozwiązania były trudne i drogie. Teraz każdy absolwent biologii (i nie tylko) może kupić sobie maszynę do modyfikowania genów. Wcale nie mam pewności, że ludzie potraktują te możliwości odpowiedzialnie.

O autorze:

Jason Pontin jest starszym partnerem we Flagship Pioneering Company. Od 2005 do 2017 roku pełnił funkcję redaktora naczelnego „MIT Technology Review”.