Reklama
OFERTA SPECJALNA na NAJWYŻSZY pakiet subskrypcji! Wersję Platinum - OFERTA LIMITOWANA
Modele biznesowe
Polska flaga

Hollywoodzkie podejście do finansowania – komentarze

14 marca 2019 15 min czytania
Philip A. Sharp
Noubar Afeyan
Mark E. Davis
Josh Lerner
Hollywoodzkie podejście do finansowania - komentarze

Streszczenie: W artykule przedstawiono komentarze ekspertów dotyczące propozycji zastosowania modelu finansowania inspirowanego przemysłem filmowym w obszarze badań i rozwoju. Philip A. Sharp, profesor w MIT i laureat Nagrody Nobla, sugeruje utworzenie etapu translacyjnego między nauką podstawową a leczeniem, finansowanego przez fundusz rozkładający ryzyko na wiele inicjatyw.

Pokaż więcej

Komentarze do artykułu Hollywoodzkie podejście do finansowania prac badawczo rozwojowych

Philip A. Sharp, profesor w MIT oraz pracownik naukowy w Koch Institute for Integrative Cancer Research w MIT. Był współzałożycielem firmy Biogen. W 1993 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny.

Idea rozwoju etapu translacyjnego pomiędzy naukami podstawowymi a leczeniem mogłaby stanowić wspaniałe uzupełnienie szans dla całego środowiska biomedycznego i farmaceutycznego. Działalność oddanych tej idei podmiotów byłaby finansowana przez fundusz monetyzujący ryzyko – rozkładając je na dziesiątki, o ile nie na setki, inicjatyw – i znajdowałaby się pod jego opieką. Uważam, że należy spróbować. Można by dzielić się takimi usługami, jak: zarządzanie, prace laboratoryjne, ochrona własności intelektualnej, badania toksyczności – i w ten sposób zredukować koszty wykorzystywania postępów naukowych do tworzenia nowych leków.

Zgadzam się, że system w jego obecnym kształcie jest nieefektywny. Istnieje na przykład podzbiór projektów zaniechanych, które odniosłyby sukces, gdyby nie zostały zamknięte. Za każdym odnoszącym sukces nowym lekiem stoi orędownik, który utrzymywał projekt przy życiu, gdy firma próbowała go uśmiercić, lub ktoś, kto wskrzesił go, działając na własną rękę po tym, jak projekt został zamknięty.

Ale co nam to mówi?

Mówi nam to między innymi, że ludziom często brakuje wystarczająco dużej liczby danych, by zdecydować, czy warto nadal w projekt inwestować, do momentu, aż zacznie przynosić owoce. Istnieje wiele niewiadomych, które utrudniają ustalenie, czy warto coś dalej finansować. Bo przecież fakt, że ludzie są w stanie coś wymyślić, nie oznacza, że będzie to miało jakąś wartość rynkową lub że inni ludzie na tym skorzystają.

Autorzy prawidłowo diagnozują wyzwania związane z ustaleniem dowodu słuszności koncepcji. Owszem, sytuacja mogłaby się poprawić, gdyby agencje regulacyjne zdefiniowały, czym jest dowód słuszności koncepcji, i gdybyśmy posiadali naukowy i systematyczny sposób udowadniania wyników klinicznych. Ale zważywszy na niepewność towarzyszącą naszej znajomości systemów biologicznych, zróżnicowanie potrzeb klinicznych na faktycznym rynku, na którym leczeni są ludzie, oraz w niektórych przypadkach brak dobrych biomarkerów, zdolnych określić naturę danej patologii oraz przewidzieć reakcję na leczenie – to ciężka sprawa. Istnieje po prostu bardzo wiele niewiadomych.

Co roku rząd amerykański, koncerny farmaceutyczne oraz fundacje i organizacje filantropijne inwestują blisko 100 mld dolarów w badania w dziedzinach powiązanych z biofarmaceutyką. Choć inicjatywa opisana przez autorów jest względnie skromna, mogłaby ona pomóc ustalić, w jaki sposób będziemy prowadzić prace rozwojowe nad nowymi lekami, terapiami lub metodami zapobiegania chorobom. Widzę tu podwójną korzyść: korzyść wynikającą z uzyskania faktycznego wyniku oraz korzyść polegającą na zdolności do ograniczenia ryzyka i podniesienia wydajności procesu. Druga korzyść jest być może ważniejsza niż pierwsza.

Dotarcie do momentu, w którym sfinansowane projekty generują przychody, by udźwignąć koszt obligacji, będzie prawdopodobnie dużym wyzwaniem. Wprawdzie analogia do Hollywood może pomóc osobom, które rozumieją, jak się robi filmy, ale nie wiedzą, co to jest gen, nie sądzę jednak, by była to analogia użyteczna. Ostatecznie ludzie ocenią tę ideę, analizując, czy osoby gromadzące fundusze są w stanie zrobić to, co obiecują. Czy są w stanie monitorować proces? W jaki sposób będą go monitorować? Jeśli prosimy inwestorów o podjęcie większego ryzyka, ponieważ inwestycja przyniesie korzyści społeczne, jakie to mają być korzyści? Czy przyniosą wzrost efektywności i produktywności w całym procesie rozwoju leku (lub przełożenie odkryć naukowych na lepszą opiekę zdrowotną)?

**Noubar Afeyan,**starszy partner zarządzający i prezes Flagship Ventures, funduszu venture capital finansującego przedsiębiorstwa na wczesnym etapie rozwoju w Cambridge (Massachusetts), którego jest współzałożycielem. Jest także starszym wykładowcą w MIT Sloan School of Management.

Finansowanie na wczesnym etapie stanowi w branży biotechnologicznej odwieczne permanentne wyzwanie, choć w ciągu ostatnich trzech lat stało się to nieco mniejszym problemem. W obliczu własnych trudności z finansowaniem w ciągu ostatniej dekady obserwowaliśmy rosnącą popularność „wirtualnych” firm prowadzących prace rozwojowe nad nowymi lekami, wspartych przez niektóre fundusze venture capital. Doświadczony menedżer badawczy w modelu tym prowadzi prace rozwojowe nad jednym lekiem z wykorzystaniem usług zewnętrznych zleceniobiorców.

Wirtualne firmy prowadzące prace rozwojowe nad lekami są pod wieloma względami podobne do tego, co Lo i Pisano proponują pod nazwą „organizacji zorientowanej na projekt”. „Wirtualne spółki biotechnologiczne” wykorzystują także kilka innowacji finansowych, w tym umowy oparte na opcjach (w których inwestorzy dysponują prawami do wykupu firmy po osiągnięciu określonych etapów realizacji projektu).

Model studia innowacyjnego

Co odróżnia model naszych „wirtualnych” partnerów od propozycji Lo i Pisano, to idea syndykalizacji ryzyka przestrzegana już od samego początku (tak jak w przypadku produkcji filmów). Dzięki przypisaniu wartości i finansowania wiadomo, co każdy inwestor uzyskuje, jeśli projekt zakończy się sukcesem. Wirtualne firmy biotechnologiczne tego nie praktykowały. (W standardowym modelu firmy inwestujące w przedsiębiorstwa na wczesnym etapie rozwoju podejmują ryzyko finansowe i mają nadzieję, że koncerny farmaceutyczne je za to wynagrodzą). Widzieliśmy już przypadki wirtualnych inwestorów, ale nie widzieliśmy przypadku syndykalizacji ryzyka po stronie finansowej.

Lo i Pisano opowiadają się za tworzeniem organizacji zorientowanych na projekt, które – jak mówią – istnieją tak długo, jak długo projekt posuwa się do przodu ku realizacji kolejnych etapów. Proponują, by działalność tych organizacji była realizowana dzięki wsparciu „studiów innowacyjnych”, które – w przeciwieństwie do organizacji zorientowanych na projekt – mogłyby stanowić „podzbiory” dużych film lub koncernów farmaceutycznych lub zespoły współpracujących przedsiębiorców. Jednak nie jest dla mnie jasne, jak miałby działać proces podejmowania decyzji. Na przykład kto decyduje o tym, czy i kiedy odciąć finansowanie – studio innowacyjne czy organizacja zorientowana na projekt?

Jeśli takie uprawnienie ma studio innowacyjne, powołane, by umożliwiać funkcjonowanie organizacji zorientowanej na projekt, to nie jestem pewien, o czym ta organizacja może właściwie decydować samodzielnie. Idea studia innowacyjnego jest ciekawa i względnie nowatorska. Uważam ją za potencjalnie tak samo mocną jak koncepcja organizacji zorientowanej na projekt (która mogłaby stanowić podmiot odrębny prawnie – czyli osobę prawną – w przeciwieństwie do podmiotu odrębnego organizacyjnie). Nie jest jednak całkowicie jasne, w jaki sposób miałby w niej faktycznie działać nadzór właścicielski.

Choć model studia innowacyjnego sam wydaje się innowacyjny, nie jest aż tak niekonwencjonalny, jak można by przypuszczać, co – moim zdaniem – jest dobrą okolicznością. Obecnie istnieje wiele podmiotów (w tym kilka czołowych spółek biotechnologicznych, jak: Moderna, Alnylam i Agios), które zorganizowały się jako platformy rozwoju wielu różnych aktywów, niektórych o charakterze wewnętrznym, a innych o charakterze zewnętrznym. Firmy te są zasadniczo studiami innowacyjnymi dla konkretnych projektów, które kontrolują one same (a nie indywidualni menedżerowie projektu). Prowadzą one każdy z tych aktywów jako indywidualny projekt w ramach harmonogramu prac swojego studia – z czego większość ma charakter wewnętrzny, ale niektóre pochodzą z zewnątrz.

Moim zdaniem, dużą niezaspokojoną potrzebą branży biofarmaceutycznej jest stworzenie sprawiedliwej struktury finansowej od samych narodzin projektu. Chodzi o taki system, który nagradzałby wszystkie elementy tych innowacyjnych łańcuchów dostaw. Z powodu tego nieustannego eksperymentowania w branży z wirtualnymi organizacjami, prowadzeniem badań naukowych na zlecenie i organizacjami zajmującymi się produkcją na zlecenie byliśmy świadkami umów, które oferują opcje zastępujące – lub uzupełniające – finansowanie kapitałem (equity deals), a także cząstkowe przejęcia dokonywane z góry (modele „built‑to‑buy”). Na szczęście obserwujemy obecnie sporo eksperymentów, tyle że wszystkie te modele ograniczają wysokość potencjalnych zysków.

Wyzwanie polega na tym, by znaleźć sposób przyciągnięcia najlepszych talentów i najlepszych innowacji bez ograniczania korzyści zawodowych dla utalentowanych pracowników, jeśli lek odniesie sukces. Koniec końców to wolny rynek. Zależy nam na tym, by mieć najlepsze talenty, a nie talenty, które – z jakiegokolwiek powodu – nie otrzymują finansowania.O

Mark E. Davis, profesor inżynierii chemicznej w California Institute of Technology w Pasadenie. Jego laboratorium zajmuje się głównie syntezą materiałów do katalizy i biozgodnymi materiałami do dostarczania leków.

Andrew Lo i Gary’emu Pisano należą się wielkie brawa za pobudzenie ludzi do zastanowienia się nad nowymi metodami finansowania przełomowych przedsięwzięć. Pracują nad znalezieniem nowych metod zaradzenia bardzo trudnym problemom i cieszę się, że kwestionują standardowe paradygmaty.

Podoba mi się idea organizacji zorientowanej na projekt. Organizacje tego typu – dysponujące wewnętrznymi zasobami wiedzy i doświadczenia, by pomóc wynalazcom przełożyć ich odkrycia na zatwierdzone leki – byłyby niezwykle pomocne. W ostatnich latach sporo myślałem o tym, w jaki sposób takie organizacje mogłyby się przydać osobom i placówkom pracującym nad terapiami onkologicznymi. Lo i Pisano opisują interesujące metody zakładania i finansowania takich organizacji.

Jednak moim zdaniem istnieją pewne różnice wdrożeniowe pomiędzy produkcją filmową a przekładaniem badań i odkryć badawczych na faktyczne leki. Większość badaczy bardziej przypomina scenarzystów niż producentów filmowych – mają oni pomysł, być może nawet na duży przełom naukowy, ale często nie mają pojęcia, co z nim zrobić dalej i jak sprawić, by pomysł ten przybrał kształt konkretnego leku. To w tym zakresie potrzebna jest im pomoc i skoncentrowane organizacje zorientowane na projekt mogłyby ją świadczyć.

Wystandaryzowana platforma

Dużym problemem w branży biotechnologicznej, na co wskazują Lo i Pisano, jest brak wystandaryzowanej platformy. Zwłaszcza jeśli prowadzisz badania wysokiego ryzyka, odczuwasz niejednokrotnie brak standardowych elementów układanki – wtedy musisz wymyślać coś na poczekaniu. Gdy pojawią się przeszkody – a na pewno się pojawią – potrzebni będą ludzie, którzy zabiorą się energicznie do pracy i rozwiążą problem.

Nie zawsze jest możliwe (ani nawet pożądane) zlecanie poszczególnych potrzebnych do wykonania zadań. Z mojego doświadczenia wynika, że im więcej zleca się na zewnątrz, tym większe ryzyko niepowodzenia: ludzie robią to, do czego ich wynajęto, a istotne sprawy potrafią przejść niezauważone. Dlatego też podoba mi się koncepcja małej firmy biotechnologicznej prowadzącej prace rozwojowe wysokiego ryzyka nad nowymi lekami głównie za pomocą zasobów wewnętrznych. Gdy sprawy idą źle, osoby zaangażowane w pomysł włożą całe serce w naprawienie problemu.

Jak to bywa, każdy nowy pomysł ma swoje dobre i złe strony – podejście przedstawione przez Lo i Pisano nie jest tu wyjątkiem. Na plus tej idei można zapisać to, że jest stymulująca. Za minus natomiast uważam ryzyko, że jeśli projekt napotka problemy, a nikt nie będzie skłonny go dokapitalizować, może on nawet umrzeć. Decydując się więc na ten model, trzeba pamiętać, że wskaźniki sukcesu mogą w rzeczywistości spaść, a nie wzrosnąć. Ogólnie rzecz biorąc, uważam idee Lo i Pisano za intrygujące i sądzę, że pobudzą środowisko do wielu pozytywnych dyskusji!

Josh Lerner profesor bankowości inwestycyjnej i dyrektor ośrodka zarządzania przedsiębiorczego w Harvard Business School. Jest autorem The Architecture of Innovation: The Economics of Creative Organizations [Architektura innowacji: ekonomika kreatywnych organizacji].

Lo i Pisano proponują intrygującą rzecz: utworzenie „organizacji zorientowanej na projekt” w celu finansowania długoterminowych, ryzykownych innowacji. Autorzy artykułu wyłuskują prawdziwy problem i wysuwają kreatywną propozycję, jak mu zaradzić. Ale nieprzenikniony charakter innowacji na wczesnym etapie oraz oportunistyczne zachowania, które mogą dać o sobie znać w tych warunkach, sugerują, że nie ma tu łatwych odpowiedzi.

Ograniczenia VC

Autorzy prawidłowo wypunktowują ograniczenia kapitału wysokiego ryzyka (venture capital), głównego mechanizmu finansowania znajdujących się na wczesnym etapie projektów o trudnym do przewidzenia finale. Fundusze venture capital, choć upozowują się na długofalowych inwestorów, są w najlepszym razie dostarczycielami kapitału średnioterminowego. Presja na zwrot kapitału komandytariuszom i na powrót na ścieżkę poszukiwania dofinansowania popycha inwestorów venture capital do tego, że zaczynają myśleć o wyjściu z inwestycji po raptem kilku latach.

Przekazanie tych firm rynkowi publicznemu jest często wyboistym procesem, który bywa zakładnikiem przypływów i odpływów sentymentów rynku. Nic zatem dziwnego, że zwroty uzyskiwane przez fundusze venture capital z inwestycji wymagających dłuższych okresów dojrzewania (jak: czyste technologie, zaawansowane materiały czy biotechnologia) wlokły się w tyle za zwrotami z technologii informatycznych czy komunikacyjnych, które często osiągają dojrzałość znacznie wcześniej.

Największy problem w związku z tą propozycją tkwi jednak w trudnościach informacyjnych, które zazwyczaj towarzyszą projektom na wczesnym etapie rozwoju, oraz w oportunistycznych zachowaniach, które często pojawiają się w tych warunkach (coś, co ekonomiści nazywają „problemami agencji”). Fundusze venture capital dążą do ograniczania tego typu problemów, intensywnie monitorując nowe przedsięwzięcia w swoich portfelach, wydzielając pieniądze w niewielkich transzach, uzależniając dalsze finansowanie od namacalnych postępów oraz spisując umowy wykupu akcji uprzywilejowanych z drakońskimi warunkami w nich zawartymi.

Działają w ten sposób nie z małoduszności, tylko raczej z obawy, że przedsiębiorcy będą kontynuowali projekty, nawet jeśli napotkają poważne przeszkody. Fundusze venture capital zdają sobie sprawę z tego, że jest mało prawdopodobne, by z natury optymistycznie nastawieni przedsiębiorcy przyznali się do porażki i oddali pieniądze z powrotem inwestorom.

Jedną rzeczą jest utworzenie organizacji dostarczającej pieniądze dla zbioru opublikowanych już albumów muzycznych (jak to miało miejsce w przypadku „obligacji Bowiego”), gdzie produkt został bardzo wyraźnie określony i wszyscy go rozumieli, a ryzyko było niewielkie. Bardziej ryzykownym posunięciem, ale wciąż możliwym, jest gromadzenie funduszy na sfinansowanie filmu: harmonogram procesu produkcyjnego i budżet są zazwyczaj dobrze określone i zrozumiałe dla wszystkich. Ale w przypadku projektów na wczesnym etapie rozwoju – szczególnie w przedstawionych w niniejszej pracy sektorach wysokiego ryzyka – zarówno harmonogram prac, jak i budżet są pełne znaków zapytania.

Dostarczenie dużej sumy pieniędzy przedsiębiorcy z góry gwarantuje, że pieniądze zostaną wydane, ale nie daje pewności, że projekt zakończy się sukcesem. Namawiam autorów do tego, by przeanalizowali sposoby naśladowania niektórych ważnych aspektów nadzoru właścicielskiego (governance) w inwestycjach venture capital – jak wydzielanie funduszy w niewielkich transzach i uzależnianie dalszego finansowania od realizacji wcześniej uzgodnionych celów**.**

O autorach
Tematy

Może Cię zainteresować

Wideokonferencje i nowoczesne biuro: jak technologia i przestrzeń tworzą nowy standard współpracy. CZĘŚĆ II

Jak wybrać kabinę akustyczną do pracy hybrydowej, by spotkania online były naprawdę efektywne? W drugiej części cyklu pokazujemy checklistę decyzji, typowe błędy oraz technologie Jabra, które zapewniają widoczność i świetny dźwięk.

Wideokonferencje i nowoczesne biuro: jak technologia i przestrzeń tworzą nowy standard współpracy. CZĘŚĆ I

Wideokonferencje nie działają „same z siebie”. O jakości spotkań hybrydowych decyduje widoczność, dźwięk i przestrzeń, która wspiera koncentrację. Sprawdź, jak technologia Jabra i kabiny akustyczne Bene tworzą nowy standard współpracy.

Niektórzy wcale nie ciepią na wypalenie. Są wyczerpani etycznie

Wypalenie zawodowe jest powszechnym zjawiskiem wśród osób pracujących pod nieustanną presją. Ale nie zawsze jest to właściwa diagnoza. Gdy ludzie są wyczerpani pracą, która wydaje się pusta lub niespójna z ich wartościami, problemem nie jest brak wytrzymałości. Problemem jest brak sensu. Dopóki organizacje nie będą gotowe skonfrontować się z tym rozróżnieniem, będą nadal leczyć niewłaściwy problem i dziwić się, że nic się nie zmienia.

 

Poradnik CEO: Jak radzić sobie z trudnymi członkami rad nadzorczych

Prezesi i dyrektorzy zarządzający (CEO) nie unikną kontaktu z trudnymi osobowościami w radach nadzorczych, ale mogą nauczyć się mitygować wyzwania, jakie te postaci stwarzają. Kluczem do sukcesu jest odróżnienie problemów personalnych od wadliwych procesów, współpraca z kluczowymi sojusznikami oraz konsekwentne wzmacnianie relacji w celu budowania wartości biznesowej.

AI w polskiej medycynie: lepsza diagnostyka vs. ryzyko utraty kompetencji

Polskie szpitale i uczelnie medyczne coraz śmielej korzystają z możliwości sztucznej inteligencji – od precyzyjnej diagnostyki onkologicznej w Tychach, po zaawansowane systemy wizyjne rozwijane na AGH. Algorytmy stają się „drugim okiem” lekarza, istotnie zwiększając wykrywalność zmian nowotworowych. Jednak za technologiczną euforią kryje się ryzyko nazywane „lenistwem poznawczym” – lekarze wspierani przez AI tracą biegłość w samodzielnej diagnozie.

Puste przeprosiny w pracy, czyli więcej szkody niż pożytku

Większość menedżerów uważa, że szczere wyznanie winy zamyka temat błędu. Tymczasem w środowisku zawodowym puste deklaracje skruchy działają gorzej niż ich brak – budują kulturę nieufności i wypalają zespoły. Jeśli po Twoim „przepraszam” następuje „ale”, właśnie wysłałeś sygnał, że nie zamierzasz nic zmieniać.

Dlaczego 95% wdrożeń AI kończy się porażką? I jak znaleźć 5% tych udanych?

Sztuczna inteligencja nie jest dziś wyzwaniem technologicznym, lecz testem dojrzałości organizacyjnej. W rozmowie z Tomaszem Kostrząbem AI jawi się nie jako cel sam w sobie, ale jako narzędzie głębokiej transformacji procesów, ról i sposobu myślenia liderów. Tekst pokazuje, dlaczego większość wdrożeń AI kończy się porażką, gdzie firmy popełniają kluczowe błędy oraz jak połączyć technologię z ludźmi i biznesem, by osiągnąć realną wartość.

zarządzanie szybkim wzrostem firmy Jak radzić sobie z szybkim wzrostem

Szybki wzrost organizacji niesie ze sobą wyzwania związane z podziałami między wczesnymi członkami zespołu a nowo przyjętymi pracownikami. Kluczem do sukcesu jest budowanie wspólnego języka, tożsamości oraz kultury sprzeciwu, które pomagają skutecznie integrować różnorodne zespoły i wykorzystywać potencjał różnorodności.

Od czego zacząć porządkowanie analityki internetowej?

Chaotyczna analityka internetowa prowadzi do błędnych decyzji i nieefektywnego wydatkowania budżetów marketingowych. Audyt danych, właściwa konfiguracja GA4, zarządzanie zgodami oraz centralizacja tagów w Google Tag Managerze to fundamenty, od których należy zacząć porządkowanie analityki, aby realnie wspierała cele biznesowe.

Pięć trendów w AI i Big Data na rok 2026

Rok 2026 w świecie AI zapowiada się jako czas wielkiej weryfikacji. Eksperci MIT SMR stawiają sprawę jasno: indywidualne korzystanie z Copilota to za mało. Przyszłość należy do firm, które potrafią skalować rozwiązania dzięki „fabrykom AI” i przygotowują się na nadejście autonomicznych agentów. Dowiedz się, dlaczego deflacja bańki AI może być dla Twojego biznesu szansą na oddech i lepszą strategię.

Materiał dostępny tylko dla subskrybentów

Jeszcze nie masz subskrypcji? Dołącz do grona subskrybentów i korzystaj bez ograniczeń!

Subskrybuj

Otrzymuj najważniejsze artykuły biznesowe — zapisz się do newslettera!